[PL] O bananach, wierze w podręczniki szkolne i odnalezionym na Maderze Warneńczyku

Funchal, styczeń/luty 2018

Jedzie czwórka Polaków autobusem podmiejskim Rodoeste, linią numer 4, z Funchal w stronę Madalena do Mar. Mieszkanie w samym centrum miasta miało ten plus, że główny przystanek wszystkich linii znajdował się 10 minut spacerem. Nie chciało mi się wynajmować samochodu więc zwiedzałam Maderę autobusami liniowymi. Dało się i bywało ciekawie.

Na Ternerefie też mówią, że mieszkał ten Warneńczyk – powiedziała pani w moim wieku, z żółtą chustka zawiązana na głowie. W każdym przewodniku piszą, że słońce na Maderze grzeje nawet w zimie i faktycznie, owa pani oraz towarzysząca jej rodzina, w osobach męża i latorośli, byli lekko opaleni. Cała trójka profesjonalnie przygotowana spacer wzdłuż jednej z ponad 200 lewad (nawiasem mówiąc lewada brzmi lepiej niż kanał irygacyjny, tak egzotycznie!).

Ale to legenda, bo przecież w podręcznikach od historii piszą, że zmarł inaczej -lekko skonsternowany małżonek pani w żółtej chustce nie podzielał mojego entuzjazmu dla wizji Jagiellona na wolności. Ja, jak bym miała do wyboru wyspę zarośniętą drzewem bobkowym, a krwawe boje w Europie Centralnej, to nawet nie pakowałabym zbroi do walizki…  Madera w XV wieku musiała odurzać zapachem wawrzynowych gajów. Jasne, świeży wawrzyn znałam ze Śródziemnomorza, ale doceniłam dopiero  na Maderze usiłując oddać sprawiedliwość lokalnej kuchni w kuchni mojego apartamentu. O gotowaniu jest w innym poście, a tu miało być o polskim królu, któremu legendy nie dawały umrzeć. Ad rem! Moi interlokutorzy wkrótce wysiedli i poszli na spacer wzdłuż jednej z maderskich dróg wodnych, a ja jechałam do ostatniego przystanku zobaczyć, gdzie mieszkał domniemany Warneńczyk.

Historia życia po życiu tego konkretnie polskiego monarchy jest dość sensacyjna. Ciała pod Warną nie znaleziono, długo czekano, aż powróci i w końcu uznano go za zmarłego, a grób na Wawelu jest pusty.  I się zaczęło, znaczy pojawiali się różni Warneńczycy. Mnie interesuje tylko „wersja lokalna”, podobno dość późna, bo dopiero XVIII-wieczna i zapisana w herbarzu. Polskim królem miał być niejaki Henryk Niemiec (Alemano), który faktycznie dostał od portugalskiego króla nadanie w jednej z kotlin w południowej części wyspy, gdzie dziś znajduje się miejscowość Madalena do Mar, centrum produkcji bananów. Domniemany Warneńczyk zawarł związek małżeński z kobietą o imieniu Anna i mieli dwoje dzieci: Zygmunta i Barbarę, co w sumie brzmi znajomo, jeżeli popatrzy się na tablice genealogiczne Jagiellonów i imiona nadawane kolejnym dzieciom w Polsce i na Litwie.

Sam Henryk Niemiec podobno nie lubił mówić za dużo o własnej przeszłości. Polski zakonnik przebywający na wyspie miał go jednak rozpoznać, a następnie przekonać do powrotu. I tu następuje tragiczny finał, gdyż domniemany król Polski zginał po raz kolejny, tym razem ugodzony głazem z klifu Cabo Girao. To klif wysoki na, bagatela, 580 metrów, i widoki oferuje zachwycające i dojechać tam można również autobusem nr 4, tylko wysiąść trzeba tuż za Câmara de Lobos (jeżeli ktoś jedzie z Funchal), dobrze godzinę wcześniej niż Madalena do Mar.

Dojazd do Madalena do Mar zajął mi ponad 2 godziny drogą meandrującą wśród tarasowych pól bananów, winogron oraz tych wszystkich wspaniałych owoców i warzyw, którymi zajadam się od przyjazdu. Z każda chwilą rósł mój podziw dla kierowcy autobusu, który pokonywał zakręty drogi spokojnie i pewnie. Raz jeden jedynie wyprowadziły go z równowagi dzieciaki wracające ze szkoły, bo za głośno puszczały muzykę w telefonach zagłuszając rozkręcone na maksa radio i audycję o korupcji w polityce (pewne słowa są międzynarodowe).

Jak dojeżdżaliśmy do Madalena do Mar to leciały bosa novy. I pewnie przegapiłabym tę miejscowość, gdyby nie fakt, że to pętla. Bo tam są zasadniczo tylko banany, a w lipcu jest organizowane nawet ich święto. No, i jest też kościółek, fundacja, a jakże, Henryka Niemca, ale wielokrotnie przebudowywany. Na szczęście, postój kierowcy na pętli trwał wystarczająca długo, żebym zajrzała do kościoła i zabrała się z powrotem. Atrakcja patriotyczna i piękne widoki na pół dnia za 8 euro w obie strony.

Ale nie tylko, bo wokół mnie siedziała Madera codzienna. Mniej więcej do Ribera Brava (to tam wysiedli amatorzy historii podręcznikowej) autobusowe towarzystwo było mieszane: turyści wysiadali w Camara dos Lobos i na Cabo Girao, ale w pewnym momencie zostałam jedyna turystką, a wokół mnie spracowani rolnicy, a zniszczonych rękach, porannych wiatrem i słońcem twarzach. Jak to jest uprawiać te malownicze pola trzciny cukrowej lub sałaty? Do większości poletek maszyna nie dojedzie, a pielenie, grabienie, zbieranie z musu odbywa się ręcznie. Kiedyś robili to niewolnicy. A dziś wystarczy przejechać się autobusem lub przejść lewadą czy ścieżkami miedzy domami i polami, żeby zobaczyć co to znaczy ogrodnictwo ekstremalne. Na Maderze żyje około 250 tyś. ludzi i co piąty mieszkaniec zajmuje się rolnictwem. A banany? Owoce są małe i bardziej aromatyczne i 80% produkcji wysyłane jest na kontynent.

Co czytać i słuchać: znalazłam podcast o Warneńczykach (wersja podręcznikowa), opowiada Piotr Węcowski: https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/972699,Wladyslaw-III-Warnenczyk-–-legenda-legend [dostęp pod koniec stycznia 2017]

Jeden komentarz Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s