Władysław Warneńczyk na Maderze

Na Ternerefie też mówią, że mieszkał ten Warneńczyk – powiedziała pani w moim wieku, z żółtą chustka zawiązana na głowie. W każdym przewodniku piszą, że słońce na Maderze grzeje nawet w zimie i faktycznie, owa pani oraz towarzysząca jej rodzina, w osobach męża i latorośli, byli lekko opaleni. Tak zaczęła się moja podróż śladami legendy o portugalskich przygodach Władysława Warneńczyka.

Jechaliśmy autobusem Rodoeste, linią numer 4, z Funchal w stronę Madalena do Mar i dyskutowaliśmy niuanse rodzimej historii.  Bo Madera to jedno z miejsc, gdzie można posłuchać alternatywnej historii Polski. I pooglądać pamiątki po królu polskim i węgierskim, który wcale nie zginął w wielkiej bitwie z Turkami pod Warną (1444 r.). Przynajmniej według lokalnej wersji tej historii, którą opowiadali na Maderze.

Władysław Warneńczyk – życie po życiu

Ale to legenda, bo przecież w podręcznikach od historii piszą, że zmarł inaczej -lekko skonsternowany małżonek pani w żółtej chustce nie podzielał mojego entuzjazmu dla wizji Jagiellona cieszącego się słońcem na Maderze. Ja, jak bym miała do wyboru wyspę zarośniętą aromatycznymi gajami drzew wawrzynowych, albo krwawe boje w Europie Centralnej, to bym się nie zastanawiała…  Madera w XV wieku musiała odurzać zapachem drzew laurowych. Jasne, świeży wawrzyn znałam z wypraw dookoła Morza Śródziemnego, ale doceniłam dopiero tu na wyspie, ale o gotowaniu jest w innym poście, a tu miało być o polskim królu, któremu legendy nie dawały umrzeć. A więc, do rzeczy!

Moi interlokutorzy wkrótce wysiedli i poszli na spacer wzdłuż jednej z lewad, czyli maderskich dróg wodnych, a ja jechałam do ostatniego przystanku linii nr 4, żeby zobaczyć, gdzie mieszkał domniemany Warneńczyk, czyli do Madalena do Mar. Historia życia po życiu tego konkretnie polskiego i węgierskiego monarchy jest dość sensacyjna. W 1444 r roku, po bitwie, ciała pod Warną nie znaleziono. Długo czekano, aż powróci do domu i w końcu uznano go za zmarłego, a grób na Wawelu jest pusty. I wtedy się zaczęło, znaczy pojawiali się różni Warneńczycy oraz legendy o tym, że król rozpoczął nowe życie – gdzieś indziej.

Henryk Alemano

Mnie interesuje tylko „wersja lokalna” z Madery, podobno dość późna, bo dopiero XVIII-wieczna, zapisana w lokalnym, portugalskim, herbarzu. Polskim królem miał być niejaki Henryk Niemiec (Alemano lub według współczesnego portugalskiego Alemao), który faktycznie dostał od portugalskiego króla nadanie w jednej z kotlin w południowej części wyspy. To dziś znajduje się tam miejscowość Madalena do Mar, centrum produkcji bananów. Domniemany Warneńczyk ufundował niewielki kościoł oraz zawarł związek małżeński z kobietą o imieniu Anna. Mieli dwoje dzieci: Zygmunta i Barbarę, co w sumie brzmi znajomo, jeżeli popatrzy się na tablice genealogiczne Jagiellonów i imiona nadawane kolejnym dzieciom w Polsce i na Litwie.

Sam Henryk Niemiec podobno nie lubił mówić za dużo o własnej przeszłości, co pewnie sprzyjało uznaniu go za bohatera jakies tajmeniczej historii. Według legendy pewnego razu, pewien polski zakonnik przebywający akurat na Maderze go rozpoznał i przekonał do powrotu. I tu następuje tragiczny finał, gdyż domniemany król Polski i Węgier zginał po raz kolejny, tym razem ugodzony głazem z klifu Cabo Girao. To klif wysoki na, bagatela, 580 metrów, i widoki oferuje zachwycające – znajduje się tam punkt widokowy z przeszkloną podłogą (Miraduoro do Cabo Girao). Dojechać tam można właśnie autobusem nr 4, tylko wysiąść trzeba tuż za Câmara de Lobos (jeżeli ktoś jedzie z Funchal), dobrze godzinę wcześniej niż Madalena do Mar.

Madalena do Mar

Dojazd do Madalena do Mar z

ajął mi ponad 2 godziny drogą meandrującą wśród tarasowych pól bananów, winogron oraz tych wszystkich wspaniałych owoców i warzyw, którymi zajadam się od przyjazdu. Z każda chwilą rósł mój podziw dla kierowcy autobusu, który pokonywał zakręty drogi spokojnie i pewnie. Raz jeden jedynie wyprowadziły go z równowagi dzieciaki wracające ze szkoły, bo za głośno puszczały muzykę w telefonach zagłuszając rozkręcone na maksa radio i audycję o korupcji w polityce (pewne słowa są międzynarodowe).

Jak dojeżdżaliśmy do Madalena do Mar to leciały bosa novy. I pewnie przegapiłabym tę miejscowość, gdyby nie fakt, że to pętla. Bo tam są zasadniczo tylko banany, a w lipcu jest organizowane nawet ich święto. Owoce są małe i bardziej aromatyczne, a 80% produkcji wysyłane jest na kontynent. No, i jest też kościółek, fundacja, a jakże, Henryka Niemca, ale wielokrotnie przebudowywany. Na szczęście, postój kierowcy na pętli trwał wystarczająca długo, żebym zajrzała do kościoła i zabrała się z powrotem. Atrakcja patriotyczna i piękne widoki na pół dnia za 8 euro w obie strony.

Inna Madera

Ale nie tylko, bo w autobusie zdałam sobie sprawę, że w pewnym momencie mojej autobusowej podróży dotarłam do Madera codziennej, nie z turystycznego folderu. Mniej więcej do Ribera Brava (to tam wysiedli Polacy, amatorzy historii podręcznikowej) autobusowe towarzystwo było mieszane: turyści wsiadali i wysiadali w Camara dos Lobos i na Cabo Girao, ale w pewnym momencie zostałam jedyną turystką, a wokół mnie dzieciaki w wieku szkolnym i spracowani rolnicy, o zniszczonych rękach, porannych wiatrem i słońcem twarzach.

Rolnictwo ekstremalne

Na Maderze żyje około 250 tyś. ludzi i co piąty mieszkaniec zajmuje się rolnictwem. Kilku widziałam przy pracy, jak schodziłam veredą – ścieżką między poletkami z Cabo Girao do Camara de Lobos. Madera to dla mnie wielki, kwitnący i owocujący ogród leżący na środku oceanu. Faktycznie rośnie tu wszystko, co się posadzi. Tylko trzeba wygospodarować pole na stromym zboczu wulkanu: ziemia będzie rodzić, i zapierające dech w piersiach widoki gwarantowane. Ale o uprawy trzeba dbać. Do większości poletek maszyna nie dojedzie, a pielenie, grabienie, zbieranie z musu odbywa się ręcznie. Wystarczy przejechać się autobusem, przejść lewadą czy ścieżkami między domami i polami, żeby zobaczyć, co to znaczy ogrodnictwo ekstremalne.

Banany z Madery

I nagle taki mały, wyspiarski banan zaczyna smakować jak królewska uczta na Wawelu. Te banany z Madery nazywane są także karłowatymi i zaczeły być uprawiane na wyspie w XVI wieku. Sadzi się je głównie na południu wyspy – czyli tam gdzie Funchal, Camara do Lobos i Madalena do Mar – ponieważ tam znajdują się idealne warunki do produkcji bananów, a dokładniej żyzne pola pomiędzy poziomem morza a wysokością 300 metrów. Dziś banany to chyba najbardziej znana uprawa z Madery, a większość produkcji jest sprzedawana w kontynentalnej częsci Portugalii. A najbardziej znanym daniem z bananami jest ryba espada – czyli pałasz czarny, choć muszę przynać, że bardziej smakują mi filety z tej potwornie wyglądającej, morskiej gadziny w marakuji lub w daniu espada cebolada – ryby podanej w sosie z duszonej cebuli z paprykami.

Funchal, styczeń/luty 2018


Odkryj więcej z Agnieszka Kuś

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

4 uwagi do wpisu “Władysław Warneńczyk na Maderze

Dodaj komentarz