Kryzysowy karnawał Zofii Moraczewskiej. Wspomnienia z 1923 r.

Karnawały w II Rzeczypospolitej? Wielkie eleganckie bale i szalone wieczory na dancingu: fraki, jedwabne suknie, torebki obszyte futrem z małpy i szampan lejący się strumieniami. Jednak w latach 20 XX wieku życie, nawet wpływowych polityczek i polityków, częściej niż na parkietach tanecznych toczyło się w kuchni i przy notatniku, gdzie podliczano trudno spinający się budżet. Przynajmniej tak było w przypadku Zofii Moraczewskiej na początku lat 20.

Zapraszam do Sulejówka by przyjrzeć się karnawałowi z 1923 roku. To kolejna odsłona mojego cyklu o gospodarczych troskach Zofii Moraczewskiej – kobiety, która z niezwykłą determinacją łączyła rolę działaczki społecznej z zarządzaniem domem w czasach szalejącej drożyzny oraz zmagała się z ogromną osobistą tragedią.

Sylwester pod znakiem małego oszustwa

Przełom roku 1922 i 1923 Moraczewscy spędzili kameralnie. Zamiast hucznego przyjęcia i domu pełnego przyjaciół i znajomych – domowe pączki i rodzinne ciepło. Z listów Zofii do jej ukochanej siostry, Heleny Kozickiej, wyłania się obraz wieczoru pełnego czułości, ale i… zmęczenia. Zofia i Andrzej nie mieli siły czekać do północy. By jednak nie psuć dzieciom radości z powitania Nowego Roku, uciekli się do niewinnego podstępu: przesunęli wszystkie domowe zegary o pełną godzinę do przodu. Nowy Rok powitano w Sulejówku o 23:00 czasu oficjalnego, a rodzina – w błogiej nieświadomości – mogła udać się na spoczynek wcześniej.

Marszałek czyta przepisy Heli

Rodzinny sylwester to był dopiero początek okresu świętowania w willi Siedziba. Karnawał zaczął się 6 stycznia, w Święto Trzech Króli, które w 1923 r wypadło w sobotę. I od razu odbyło się wtedy niewielkie, domowe przyjęcie. Progi domu Moraczewskich przekroczyli Aleksandra i Józef Piłsudscy – przyjaciele i już niedługo sąsiedzi „na cały rok”. Aleksandra Szczerbińska – Piłsudska była już właścicielką działek graniczącą z posesją Moraczewskich ale drewniany dom, który na nich stał nie nadawał się do zamieszkania całorocznego. Dworek „Milusin” zostanie wybudowany i stanie się domem Piłsudskich dopiero za kilka miesięcy.

Tymczasem w na początku stycznia 1923 r. Marszałek był w nastroju wyśmienitym – tak zapisała Zofia Moraczewska. Od grudnia 1922 r. przestał pełnić funkcję Naczelnika Państwa i koncentrował się na sprawach wojskowych.

Na Trzech Króli spotkała nas bardzo rzadka i ogromna przyjemność. Przyjechali do nas z wizytą oboje Piłsudscy. Naczelnik był w świetnym humorze, przez dwie godziny baraszkował, dow-cipkował, politykował! Powiedział, że czuje się teraz odrodzonym człowiekiem, odkąd wydostał się ze swej klatki, tj. z Belwederu. Teraz może już spać i pracować spokojnie. Strasznie był miły. Czytał moje przepisy kucharskie, które mu przypadkiem w rękę wpadły i bawił się nimi jak dziecko. Wybieramy się do nich z wizytą naturalnie w dniach najbliższych. Mieszkają w Pałacu Saskim. – pisze Zofia Moraczewska w liście z 10 stycznia 1923 r..

Tym razem Zofia Moraczewska nie napisała siostrze co podała miłym gością do jedzenia. Jednak ten list jest dla mnie bardzo ważny, bo przynosi informację o domowym przepiśniku Zofii, którego na ten moment nie udało mi się odnieść. Dzięki anegdocie o Józefie Piłsudskim wiadomo, że wiele tam było przepisów „od Hali”.

Świnka wyrosła ogromnie, ale nie nabiera tłuszczu, więc zrobimy z nią w tym tygodniu koniec. Dają mi za nią 300 tysięcy bez targu. Czy sprzedać? Prawdopodobnie zabijemy ją na własny użytek. Dlatego proszę Cię bardzo, Halusku, o przepisy na kiszki, kiełbasy i salcesony, które w Twojej książce widziałam, a niestety nie przepisałam! Bardzo, bardzo proszę! Piłsudski wyczytał w przepisach kilka razy imię „od Hali”i powiada: widzę, że „Hala” ma wielki wpływ na polu gastronomicznym w tym domu! – to ciąg dalszy listownej relacji Zofii z 10 stycznia 1923 r.

Kochana siostra Hala

Helena Kozicka (1867–1950) była dla Zofii najwyższym autorytetem kulinarnym, ale i życiowym. Była aktywną lokalnie działaczką społeczną i angażowała się w walkę o emancypację. To ona tuż po ślubie Zofii dosyłała jej poradniki Ćwierczakiewiczowej i potem polecała przepisy Róży Makarewiczowej. W okresie miedzywojennym Hala mieszkała w Brzeżanach koło Tarnopola. Jej mąż, Włodzimierz był prezesem sądu okręgowego na pow. Husiatyn i Brzeżany. Po jego śmierci Hala przeniosła się do Warszawy i mieszkała w wynajętym mieszkaniu. To właśnie wtedy ustaje korespondencja między siostrami – nie było potrzeby pisania bo zawsze można się było spotkać i obgadać rożne kwestie w cztery oczy.

Gościnność w czasach inflacji

Domowe przyjecie z Józefem Piłsudskim to był dopiero początek karnawału 1923 r. u Moraczewskich w „Siedziba”. Zofia urządziła też spotkanie dla znajomych swoich dorastających dzieci: Adama i Wandy – niestety nie opisała dokładniej jadłospisu tej młodzieżowej domówki.

Codziennie ktoś jest. To może i dobrze, bo rozrywa myśli i męczy fizycznie. Tylko na czytanie mam mało czasu, zwłaszcza, że ciagle coś trzeba łatać, cerować, naprawiać. A i gospodarstwo zabiera sporo czasu. – pisała Zofia 10 stycznia.

Karnawał w „Siedzibie” się rozkręcała mimo słoty. W drugiej powie stycznia przyszło załamanie pogody: najpierw śnieżyca a potem roztopy. Zofia zapisała, że Sulejówek przypominał Wenecję a kałuże błota były tak głębokie, że gęsi zanurzały się w nich po szyję. Pogoda nie sprzyjała ale goście dopisali i na niedzielny podwieczorek 28 stycznia było około 15 osób. Moraczewska podała na ciepło gołąbki, na zimno pasztet z zająca a na słodko róże z ciasta faworkowego. Główną rozrywką tamtego wieczora, poza rozmowami o polityce, był preferans. Grano w karty do wieczora i Zofia uważała wieczór za udany, ale…

Inna rzecz, że tacy ciągli goście bardzo dużo kosztują, za zająca dałam 11.000 marek! Widzisz, o ile Ty teraz stoisz lepiej ode mnie! Masz o tyle mniejszy dom i tyle rzeczy darmo i gości bez porównania mniej, a dro-żyzna też tu nieporównanie większa niż w Brzeżanach. Obecnie masło kosztuje u nas funt ros [osyjski] 5.600 m [arek]p[olskich], mięso woł[owe] 2.500, wieprzowe 3.000, jajo 150 m [arek] p[olskich]. Ale rozumiem doskonale wszystkie Twoje niepokoje o przyszłość i starość. Mnie ta sama obawa ciągle, nieustannie trapi. Jędrzej się ze mnie śmieje, ale pomimo całego jego optymizmu wiem, że nie on ma rację, tylko ja, bo wszystkie jego obliczenia opierają się na jego wytężonej pracy i żelaznym zdrowiu. A jeśli to ostatnie zawiedzie? Zresztą do późnej starości pracować przecież niepodobna. Dlatego myślę, myślę, myślę i najrozmaitsze plany snują mi się po głowie. – pisała Zofia z liście z 28 stycznia.

Drogi pasztet zastępował (11 tysięcy marek polskich za zająca) zastępował jeszcze droższe masło – funt rosyjski to odpowiednik około 400 gram. Na przełomie grudnia i stycznia Zofia dostała od siostry prezent – w postaci sarny, z którego upiekła kilkanaście funtów pasztetu na domowe śniadania. Hala wysłała jej jeszcze mąkę kukurydzianą, która doszła na początku lutego. Ciekawe, co gotowała z niej Zofia? Pewnie mamałygę, popularne danie domowe kuchni galicyjskiej.

Potańcówka w szkole

Okres dwudziestolecia międzywojennego był fascynującym, choć czasem trudnym momentem ścierania się tradycji z trzech różnych zaborów. Polska, odzyskawszy niepodległość, dopiero uczyła się spójności, a domowe kuchnie i salony stały się poligonem tej integracji – na polu kulinarnym i obyczajowym. Zofia przywiozła ze sobą do Sulejówka nie tylko konkretne galicyjskie smaki, ale i silne przywiązanie do przepisów wydawanych we Lwowie książek Róży Makarewiczowej. Natomiast Warszawa, ze swoją tradycją powstałą za czasów zaboru rosyjskiego, potrafiła ją wprawić w osłupienie.


Pytasz o tańce Wandzi. Była na dwóch zabawach, które urządzały ich szkoły, tj. gimnazjum W[andy] i Adasia. Z czasów rosyjskich i w spadku po nich pozostał ten dziwny zwyczaj, że odbywają się zabawy w szkole, na które młodzież obu płci wzajemnie się zaprasza i pod opieką nauczycieli przez całą noc tańczy! Wydało mi się to tak niesłychanym, że z początku próbowałam oponować, ale widząc, że to nic nie pomoże, bo to rzecz tu powszechnie przyjęta – dałam spokój i tyle tylko zrobiłam, że w obu razach wyjechałam po Wandzię na Pragę w nocy, bo już absolutnie na sobie wymóc nie mogłam, aby Wandzia sama albo z kolegami, po nocy wracała! Naturalnie Wandzia się tym irytowała twierdząc, że moje skrupuły to staroświetczyzna itd., ale pogodziła się w końcu z losem.

Wanda uczęszczała do gimnazjum żeńskiego przy ul. Kępnej a jej szkolne zabawy karnawałowe musiały trwać relatywnie krótko. Zupełnie inaczej było w przypadku imprezy w gimnazjum Adama – ku zgrozie Zofii zabawa przeciągnęła się do 4 rano a „komitet rodzicielski” Moraczewskich, czyli Andrzej, pomagająca im w domu Aniela Leiksner oraz oczywiście sama Zofia, spędzili noc najpierw w szkole a potem na dworcu (dziś Wschodniam, dawnej Brzeskim). Pociąg mieli dopiero o 6 rano…

Sama zabawa była ładna i przyzwoita, bo dyrektor włożył bardzo dużo energii, staranności i najlepszej woli w jej urządzenie, ale przyznaj sama, czyż to nie dziki jednakowoż pomysł, aby gimnazjaliści sami dobierali sobie i zapraszali wedle swego gustu panienki z innych szkół?! A kierownictwo szkoły stosowało się do ich widzimisię? W ogóle dlaczego szkoła ma urządzać zabawy tańcujące? Dlaczego to mają być zabawy mieszane? W jakim celu? Oczywiście – dziewczęta współubiegały się o zaszczyt zaproszenia od… smarkaczy?! Nie, nie mogę się z tym pogodzić. Strasznie mnie razi i ponieważ tu chodzi o moje dziecko – nawet boli!
Sukienki nowej nie sprawiłam, bo moim zdaniem na zabawę pretensjo-nalną w szkole – najzupełniej skromna, batystowa, biała suknia wystarcza. Co innego za rok. Trzeba będzie pójść z W[andą] już może i na jaką publiczną zabawę, a w każdym razie do kilku domów prywatnych. Wtedy pomyślę o sukni i dla niej i dla siebie. Ale skąd wziąć na to fundusze? – żali się siostrze w liście z 5 lutego.

Karnawałowe róże

Największą ozdobą karnawałowego stołu u Moraczewskich były „róże z ciasta”. To deser efektowny, pracochłonny, ale oparty na składnikach, które – choć drogie – były symbolem karnawałowej obfitości. Na zdjęciu – różne karnawałowe z ciasta na faworki, które usmażyła mi moja babcia a poniżej przepis z książki Róży Makarewiczowej, „Praktyczna kuchnia” – to wydanie trzecie z 1910 r. (do znalezienia na Polonie). Na blogu znajdziecie też współczesny, choć babciny, przepis na faworki.

Róże karnawałowe. Cztery całe jaja, 4 żółtka i łyżkę cukru rozbić dobrze mątewką; przesiać na stolnicę 3 ćwierci litra mąki najpiękniejszej, do tej mąki dać małą łyżkę masła i rozetrzeć dobrze; potem wlać te rozbite jaja i zagnieść tyle mąki, ile zabiorą te jaja, dodać mały kieliszek rumu i miesić tak długo, aż się utworzą na cieście pęcherze. Ciasto cienko rozwałkować, wycinać ausztychem od pierożków krążki i kłaść po 6 jeden na drugim; każde takie złożone z 6 listków ciastko; nacisnąć pośrodku mocno palcem, aby się dołek zrobił i wszystkie listki w tem miejscu się zlepiły. Nożem ostrym, nie dotykając zlepionego środka przeciąć ciasto na 4 części od góry do dołu i wrzucać na gorący smalec. Gdy się zacznie smażyć, wszystkie listki rozdzielą się, podniosą i utworzą róże, która trzymać się będzie zlepiona na miejscu naciśniętym. Gdy już róże usmażone (rumiane jak chrust), wyjąć je i układać na bibułę, a gdy osiąkną ze smalcu, układać je na półmisku, na każdy środek ciastka położyć konfiturę, poziomki, wiśnie lub galaretkę, posypać cukrem i wydać na stół.


Tekst jest częścią powstającej książki o codzienności dwudziestolecia międzywojennego i rodziny Moraczewskich. Chcesz się dowiedzieć więcej? Zerknij na wpisy z kategorii Zofia Moraczewska

Piszę o Zofii Moraczewskiej, bo czuję, że jej historia nie powinna zostać tylko w notatkach i archiwach. Chcę, żeby wybrzmiała pełniej – na papierze, w Waszych dłoniach, w spokojnej chwili z herbatą albo właśnie z kawą. Jeśli masz ochotę wesprzeć moje pisanie i symbolicznie „podarować mi chwilę przy kawie”, dzięki której powstanie kolejny rozdział – będzie mi ogromnie miło 💛


Odkryj więcej z Agnieszka Kuś

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz