Hiperinflacja w słoiku: jesień Zofii Moraczewskiej między powidłami a polityką

Jeśli myśleliście, że klapa wielkanocnej baby (którą opisałam w poprzednim tekście jako drożdżowy koszmar senny) była szczytem domowego dramatu w willi „Siedziba” Zofii i Jędrzeja Moraczewskich, to znaczy, że nie znacie jesiennych perypetii jednej z matek polskiej niepodległości

W książkach i artykułach o Zofii Moraczewskiej zwykle poświęca się więcej uwagi jej wybitnej karierze politycznej i społecznej – była posłanką na Sejm i działaczką o prawa kobiet – zapominając, jak wielki trud i konsekwencję wkładała w zarządzanie swoim życiem rodzinnym i prywatnym. Tymczasem jej zdolność do zachowania równowagi między obowiązkami publicznymi i domowymi oraz świadomość własnych potrzeb może być inspirującym wzorem dla współczesnych kobiet, które mierzą się z łączeniem kariery i rodziny. Dla mnie Zofia Moraczewska jest wzorem nowoczesnej kobiety.

No więc wracamy do jej domowych pieleszy. Pamiętacie nerwy wokół pieca i drożdżowego ciasta, które nie chciało rosnąć? To były tylko preludia. Prawdziwa walka o spokój, równowagę psychiczną i… domowy budżet, rozgrywała się na jesieni, gdy zrywano owoce, zbierano warzywa oraz trzeba było opatrzeć dom i domowników na zimę.

Dziś, spacerując wokół dworku „Siedziba” w Sulejówku, możemy podziwiać piękno polskiej jesieni – złocące się liście, chłodne powietrze i spokój historycznego rodzinnego siedliska. To piękno przyciąga i inspiruje, ale Zofia Moraczewska nie miała czasu na romantyczne westchnienia nad kolorowymi liśćmi, przynajmniej nie w latach 20. XX wieku. Dla niej jesień w latach 20. XX wieku to był front walki z niestabilnością i niepokojem. Jej kuchnia i spiżarnia wymagały ogromnego zaangażowania i myślenia strategicznego, a miarą sukcesu, choćby na chwilę, przestawała być uchwalona ustawa, lecz liczba zakonserwowanych kilogramów pomidorów.


W ogrodzie kwitnie hiperinflacja

Główna oś życia codziennego Zofii Moraczewskiej na początku dwudziestolecia międzywojennego to nieustanna troska o byt. Moraczewska, politycznie zaangażowana w budowanie nowego państwa, na co dzień stała się przede wszystkim ekonomistką domowego gospodarstwa. Gdy Jędrzej Moraczewski zajęty był wielką polityką, Zofia zarządzała swoim własnym „kawałkiem” świata, a ten świat płonął. Była w żałobie po stracie syna, Kazimierza, który zginął na wojnie 1 sierpnia 1920 r. i w nieustannej trosce o zapełnienie stabilizacji i bezpieczeństwa pozostałym domownikom.

Najgorszy był przełom 1922 i 1923 roku, kiedy walutę polską trawiła hiperinflacja. Pieniądz z dnia na dzień tracił wartość, a planowanie budżetu było zadaniem z dziedziny science fiction. W tych czasach własny ogród i umiejętność przetwarzania żywności to nie było hobby – to była dosłowna, fizyczna tarcza antykryzysowa. Wyobraźcie sobie ten kontrast: na jednym stole 200 kg dojrzałych pomidorów, a na drugim rachunki i listy, które mrożą krew w żyłach. Moraczewska ze zgrozą notowała koszty podstawowych produktów:

„U nas straszny ruch i mnóstwo roboty – robimy na gwałt zapasy zimowe: pomidorowe konserwy, korniszony, ogórki kapusta – poza tym opał gromadzi się na zimę.  (…) Kosztuje to wszystko dzisiaj takie olbrzymie sumy, że z przerażeniem myślę, co będzie dalej. Za kapustę dałam 4000 m[arek] p[olskich] za kopę, korzec jabłek zimowych 18 000, kopa ogórków 1000, m[arek] p[olskich] itd.” – pisze Zofia do siostry 22 września 1922 r.

Każda śliwka, każda kopa kapusty z własnego pola była marką polską oszczędzoną i stabilnym kapitałem na najbliższą przyszłość. Jesienne słoiki stawały się więc najpewniejszą, materialną walutą, jaką Moraczewscy mogli zgromadzić. Co więcej, Zofia była na tyle przedsiębiorcza, że udane zbiory traktowała jako źródło dochodu – „Sprzedaję pomidory – koszta uprawy ogrodu już pokryte z nadwyżką” – notowała z satysfakcją w październiku 1924 roku. To był jej osobisty triumf nad chaosem politycznym i ekonomicznym kraju.


200 kg pomidorów i terapia pracą

Wśród jesiennej gorączki Zofia potrafiła wykrzesać z siebie nie tylko niesamowitą pracowitość, ale i kulinarną elegancję. Przetwory to nie tylko proste ogórki i kwaszona kapusta. Jesień Moraczewskiej to była tytaniczna harówka. Wystarczy spojrzeć na jej relację z końca września 1922 r.:

„Zrywamy obie śliwki (które bardzo obrodziły w tym roku), częściowo robimy kompoty, częściowo – z najładniejszych – kandyzy, z reszty – powidła. A jak najlepiej suszyć? Nie umiem tego wcale. Pomidory dojrzewają w pokoju, będzie ich ze 200 kg! Straszna moc. Zrobiłam korniszony i dużo, dużo, dużo sosu «Soja», bo wyobraź sobie, że mamy we własnym ogrodzie codziennie po kilka pieczarek. Za posłane mi przepisy dziękuję Ci, dziękuję z całej duszy.”

Ta „straszna moc” 200 kg pomidorów to nie tylko problem logistyczny, ale i symboliczny. Zofia musiała to opanować. Konserwowanie i przetwarzanie żywności stało się formą porządkowania świata. Ciężka, fizyczna praca w kuchni i ogrodzie stała się praktyką utrzymania higieny psychicznej. Oprócz osobistej tragedii Zofię Moraczewską, jako czynną działaczkę polityczną, nieustannie trapiły niepokoje społeczne (apogeum kryzysu w 1923 roku to starcia robotników z wojskiem w Krakowie). Gdzie uciec przed rozruchami, niepokojem i nieuchronną stratą? Odpowiedź znajdowała w kuchni i w ogrodzie.

„Aby nie zwariować – pracuję zawzięcie i męcząc się umyślnie ponad miarę, zatapiam wszystkie myśli i poczucie rzeczywistości. Usmażyłyśmy z p. Anielą nieprawdopodobną moc powideł i marmolad różnego rodzaju, które trzeba będzie chyba komuś odsprzedać w zimie. Z reszty pomidorów zrobimy bulion dla odmiany. Dziś okopałyśmy szparagi i kwasiłyśmy kapustę.” – czytamy w liście z 8 listopada 1923 r.

Gotowanie, kwaszenie kapusty, męczące fizycznie prace ogrodnicze – to nie tylko obowiązek. To była aktywna medytacja, forma zorganizowanego oporu wobec chaosu. Zofia Moraczewska, w chaosie nowo odzyskanej, lecz wciąż niestabilnej niepodległości, znajdowała swój punkt odniesienia w stabilności rytmu prac domowych.


Essencja z pieczarek: polepszacz smaku z własnego ogródka

Co więcej, Zofia Moraczewska nie zapominała o kulinarnych ambicjach. Wspomniany przez nią sos „Soja” to kulinarny polepszacz smaku tamtych lat – essencja z pieczarek. Gęsty, aromatyczny wyciąg, który pełnił funkcję dzisiejszego sosu sojowego lub Maggi. To jeden z najlepszych przykładów, jak gospodarność (wykorzystanie grzybów z własnego ogrodu) łączyła się dbaniem o elegancję i nowoczesność na talerzu. Jak robiło się ten naturalny, eliksir umami? Wystarczy sięgnąć do podręcznika, którym kierowała się Zofia – „365 obiadów” Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Otrzymanie esencja z pieczarek to proces długi i precyzyjny:

Essencja z pieczarek do sosów – Według Lucyny Ćwierczakiewiczowej:

Małe, drobne pieczareczki oczyszczone z ziemi szczotką w wodzie, posolić mocno, wymieszać z obranemi cebulkami zwanemi „szarlotki”, które można prze połowić, biorąc na funt pieczarek ćwierć funta cebulek, włożyć jeden ząbek czosnku, 10 ziarenek angielskiego ziela, dwa bobkowe liście, jeden goździk i kawałek kwiatu muszkatołowego, wszystko to wymieszać dobrze i trzymać w ganku kamiennym przez trzy dni w ciepłem miejscu, koło palonego pieca lub na słońcu.

Potem przeciągu czasu zagotować wszystko razem w tym samym garnku, gotując parę godzin; w czasie gotowania podlewać maderą i aby się nie wygotowało zbytecznie, gotować na wolnym ogniu. Pół butelki madery wystarcza na taką ilość, następnie przetrzeć przez rzadkie sito, wyciskając do reszty sok przez rzadkie płótno i postawić na 24 h do zklarowania, wtedy, jeżeli jest gęste jak rzadki syrop, wlać w małe buteleczki, zakorkować, zalakować i trzymać w suchej piwnicy.

Jesień Zofii Moraczewskiej to opowieść o kobiecie, która własnymi rękami zachowuje porządek w świecie, który rozpada się na kawałki. Wychodziła poza rolę polityczki, stając się symbolem kobiety, która znajduje w prozie życia swoją stabilność. Jej historia uczy nas, że jedzenie jest nie tylko paliwem, ale i opowieścią, lekarstwem na lęk i zabezpieczeniem ekonomicznym

Piszę o Zofii Moraczewskiej, bo czuję, że jej historia nie powinna zostać tylko w notatkach i archiwach. Jeśli masz ochotę wesprzeć moje pisanie i symbolicznie „podarować mi chwilę przy kawie”, dzięki której powstanie kolejny rozdział – będzie mi ogromnie miło 💛

Na moim blogu znajdziesz też inne kulinarno-ogrodnicze opowieści z listów Zofii Moraczewskiej: Gospodarcze troski Zofii Moraczewskiej, Horror Wielkiego Piątku: oklapnięte baby i niespokojne sny Zofii Moraczewskiej oraz Sierpień w ogrodzie Zofii Moraczewskiej


Odkryj więcej z Agnieszka Kuś

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz