Dunaj z perspektywy stolika nr 3 (część 1)

Moja wielka dunajska przygoda na pokładzie Amadeus Queen dobiega końca, dziś zostawiam kajutę, która była moim domem przez tydzień. Jeszcze tylko jedno śniadanie i schodzę na ląd w Budapeszcie.

Kilka miesięcy temu pisałam scenariusz lekcji na temat MS Batorego do kolejnego numeru National Geographic Odkrywca, więc przeglądałam notatki i książki o transatlantykach. Utkwił mi wtedy w pamięci cytat z Bożeny Aksamit: Gdy rejs trwa ponad tydzień, a przestrzeń jest ograniczona, należy czymś wypełnić czas – ileż można czytać albo leżeć. Na transatlantykach jedzono właściwie na okrągło. Żołądek trawił, a czas płynął przyjemnie. Na Polonie znalazłam kilka pięknie wydanych jadłospisów z lat 30 XX wieku. To wszystko brzmiało i wyglądało zachęcająco.

Przez ostatni tydzień miałam okazję się przekonać, jak to jest doświadczać fine dinningu na pokładzie pięciogwiazdkowego pływającego hotelu Amadeus Queen na rejsie po Dunaju. Zostałam wysłana w podróż służbowo, czyli na study tour przed większym zleceniem, otrzymałam pakiet all inclusive, i się zaczęło… Przydzielono mi stolik nr 3 na pokładzie Strauss. Klasyka wiedeńska towarzyszyła mi zresztą codziennie: ja mieszkałam „na Haydnie”, a do baru i na klubowy basen trzeba było iść „na Mozarta”.

Zaokrętowałam się we wtorek i właściwie bez przerwy jadłam. Oczywiście chodziłam na wycieczki i poznawałam statek ze wszystkich sił – bo przecież po zostałam na ten rejs wysłana – ale nawet jak byłam na wycieczce, to i tak coś skubnęłam. A to ciemne piwo w benedyktyńskim klasztorze Weltenburg koło Kelheim; uważane za ( i reklamowane jako) najstarsze na świecie. Albo draże czekoladowe z konfiturą morelową w Durnstein, które wyglądają i nazywają się tak sobie: królicze czy zającze bobki, ale smakują niebiańsko.

A mój gastronomiczny rozkład dnia? Cóż, na dzień dobry: śniadanie. A potem… lunch, czyli trzy dania i sałata na bufecie, i kolacja, około 19, z czterech dań, a wybór bardzo różnorodny. Że można było samemu komponować swoje posiłki, to niby fajnie i elegancko, ale po paru dniach podjęcie jakiekolwiek decyzji było dla mnie coraz trudniejsze. Wszystko, co jadałam było bardzo dobre lub wybitne, więc coraz trudniej było mi się skupić na kolejnych jadłospisach, dobrać białe czy czerwone, a może jednak piwo… Ale wybierać w końcu trzeba było, bo się grzecznie pan kelner dopytuje!

Mus to mus, wybrany jadłospis trzeba zakomunikować w miarę szybko i to na początku biesiady. Okrętowa kuchnia jest malutka i każda czynność jest zaplanowana do perfekcji. Talerze do wydawania są przygotowane jeden na drugim, a kiedy rozgrzewa się piec z pieczeniami, to już raczej nie da się wydać zimnych przekąsek. Oczywiście wszelkie modyfikacje są możliwe, ale sekwencję i pory wydawania konkretnych dań trzeba po porostu utrzymać.

Nie byłam w kuchennej części statku, ale widziałam zdjęcia, kiedy jednego wieczoru w ramach rozrywki była prezentacja o życiu na statku – dosłownie „od kuchni”. I mój szacunek oraz podziw dla poziomu posiłków na Amadeus Queen wzrósł jeszcze bardziej. Bo fine dinning we, w miarę wygodniej, kuchni na lądzie to jedno, ale utrzymanie tak wysokiego poziomu w warunkach tak niewielkiej przestrzeni to mistrzostwo świata. Na statku było ze mną 130 pasażerów, maksymalnie na Amadeus Queen może się zaokrętować 150 – 160 osób. Dziennie to więcej niż 1500 talerzy i 3000 sztućców do wydania, podania i… umycia.

Zakupy na tydzień, czyli sześciodniowy rejs taki jak ten na którym byłam też są imponujące: 120 kg mięsa, 100 kg ryb, 150 kg ziemniaków, 120 litrów mleka, 2000 jaj oraz po 200 kg owoców i warzyw. Porcje były akurat, nikt głodny od stołu nie wstawał podczas regularnych posiłków i tych wyjątkowych, na przykład wielkiej bawarskiej ekstrawagancji w formie bufetu.

Wracając do rozkładu dnia, a raczej pełnych 24 godzin jedzenia i picia. Tak, tak, w nocy też się coś w barze znajdzie. Kiedy pasażerowie wrócili o 22.40 po koncercie w Wiedniu, w barze „na Mozarcie” czekał na nich gulasz. Przekąski roznoszono nawet podczas nocnego rejsu w Budapeszcie, czyli 1,5 godziny po tym, jak wstałam od stolika nr 3 po bardzo sutej kolacji.

Co rano – kulinarna przygoda od nowa. Śniadania były serwowane niemal od świtu do lunchu, bo w trzech odsłonach: najpierw, dla tych co wstają skoro świt w barze „na Mozarcie”, potem, w jadalni, śniadanie zasadnicze, a na zakończenie: śniadanie dla tych, którzy wstali nieco później. Czy były jeszcze jakieś inne posiłki? Oczywiście! Tzw szybkie lunche serwowane w barze, dla tych, którzy zapisali się na dwie wycieczki – poranną i południową – i nie mieli czasu na 1,5 godzinne rozkoszowanie się posiłkiem w południe. Podwieczorek przygotowywany codzienne od godziny 16, z ciastami i kanapkami, w tym absolutny klasyk popołudniowych herbat, czyli kanapka z ogórkiem. Oraz… pokaz kulinarny jak zrobić austriacki strudel jabłkowy (z degustacją – oczywiście).

Na razie się pakuję, kończę post i idę do taksówki. Jeszcze dobrze nie zeszłam ze statku, a już myślę, co zjem, jak wrócę na pokład Amadeus Queen pod koniec października!

Co czytać: o MS Batorym fajnie się czyta Bożenę Aksamit, Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku, Biblioteka Gazety Wyborczej.

2 uwagi do wpisu “Dunaj z perspektywy stolika nr 3 (część 1)

  1. Ja płynęłam zaledwie dwie godziny, na innym stadku. Kuchnia i ogólne wrażenia, tak jak wspominasz – rewelacja 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s