II wojna w czerwcu: Berlin i Norymberga

Oprowadzam turystów po Warszawie, w Polin Muzeum Historii Żydów Polskich, a ostatnio zrobiłam kurs po Majdanku, o II wojnie światowej w sezonie turystycznym opowiadam niemal codzienne. Ale mam wrażenie, że im bardziej wchodzę w szczegóły i mikrohistorię, tym bardziej gubię szerszy kontekst … dlatego chętnie wzięłam grupę licealistów z USA, która planowała odwiedzić Berlin, Norymbergę i Monachium. I pojechałam na wycieczkę szkolną śladem II wojny światowej.

Najpierw Berlin. Dobry i mądrze ułożony program, bo nawet nie próbujemy obejrzeć wszystkiego, ale na spokojnie przyjrzeć się kilku wybranym miejscom. Tempo slow pozwala na historyczne medytacje i rozglądanie się wokół, żeby zobaczyć jak w reakcję z historią wchodzą inni. Na przykład na Babelplatz. Jak inaczej o Pomniku zapadłych książek mówi mój anglojęzyczny przewodnik, spokojnym głosem referując fakty, a jak inaczej ta sama historia jest wykrzyczana przez przewodnika oprowadzającego grupę z Polski. Jak to wygląda? W trotuarze jest szklana tafla a pod nią puste biblioteczne regały, które mogą pomieścić około 20 tysięcy książek, tyle ile Naziści spali na tym placu w 1933 r. Całość jest komentowana sławnym cytatem o niebezpiecznych skutkach palenia książek z Heinricha Heinego i jest projektem artysty z Izraela Michy Ullmana. Mój przewodnik zaczął od wskazania i wyjaśnieniu pustych półek. Polski przewodnik tymczasem zaczyna od skandowania na całe gardło owego napomnienia i komentarza: tam gdzie się pali książki, w końcu pali się też ludzi! (to było na prawdę głośno)

Nie lubię krzyku o historii, tak jak nie lubię krzyku w historii. W naszym konteplacyjno-historycznym spacerze poszliśmy dalej – zgubić się wśród betonowych stalli tworzących labirynt Pomnika Pomordowanych Żydów Europy i meandrować wśród blokowiska wybudowanego na miejscu bunkra, w którym Hitler popełnił samobójstwo, choć nie łatwo to miejsce znaleźć.

Oznaczenie miejsca gdzie był ten bunkier niby jest, ale dyskretne. Trzeba dobrze kojarzyć, gdzie były ogrody kancelarii Rzeszy, żeby odnaleźć tablicę ze stosownymi informacjami, że oto pod ziemią jadł, spał i ostatecznie się zabił wódz III Rzeszy. Podobno, chodzi o to, żeby nie epatować tą historią i nie tworzyć miejsc kultu. Jak to wygląda w praktyce? Parking wśród blokowiska, po którym chodzimy tylko my. Tymczasem wokół Bramy Brandenburskiej i w ogonku do wejścia na Reichstag międzynarodowy tłumek – a to przecież raptem 10 – 15 minut. Ciekawe wrażenie chodzenia i odkrywania czegoś celowo nie wyeksponowanego, bo przecież świadomie nie ukryto. Ale tablica, jak się ją już znajdzie, interesująca i faktograficzna. Po prostu fakty, zdjęcia i plany.

 

Moja grupa nieśpiesznie odkrywała jeszcze ślady Muru Berlińskiego od Check Point Charlie po East Side Gallery oraz podczas przejazdu tramwajem linii M10. Potem, w ramach rekreacji wsiedli na rowery, a ja czekając na nich zdążyłam na currywursta od Konnopke. Każdy ma swoje zimnowojenne symbole, a mnie w sumie i tak wszystko kojarzy się z jedzeniem. Kulinarna legenda utrzymuje, że to alianci pierwsi posypali kiełbaski przyprawą curry, bo samych serdelków nie dało się zjeść z uwagi na ich paskudny smak.

Z Belina pojechaliśmy dalej, pociągiem, do Norymbergi. Szczerze mówiąc moje pierwsze skojarzenie z tym miastem to Wit Stosz, i zagadka dlaczego właściwie wyprowadził się z Krakowa. Może po prostu tęsknił: jego Norymberga musiała być pięknym miastem. Tak jak Norymberga Albrechta Durera, tyle że dziś nie wiele z niej zostało, choć ta dzisiejsza podobała mi się bardzo, zwłaszcza miejski piknik na bruku pod Zamkiem.

 

Stara Norymberga została zniszczona stopniu porównywalnym z Warszawą. Popołudnie spędziłam więc kontemplując wraz z moją grupą pojęcie: terror bombing. Żeby brzmiało lepiej, na to, co zrobiono w Norymberdze mówi się morale bombing, bombardowania, żeby złamać wolę oporu narodu wobec pochodu wojsk alianckich. Zawiesiłam się nad tym pomysłem dłużej, bo w głowie na zdjęcia zburzonej Norymbergi nakładały mi się zdjęcia zniszczonej Warszawy. To trochę tak, że podróżując i tak zostaję w domu, a to co poznaję to konteksty dla tego co już znam. Znalazłam: historyczną paralelę albo rewers, jak kto woli. I niewygodnie mi z tą wiedzą spacerowało po Starym-Nowym Mieście w Norymberdze.

Podczas tego spaceru wreszcie zrozumiałam to, co kiedyś usłyszałam o Warszawie: że w tym mieście, moim mieście, jest napięcie, że są niby blizny i zrosty, ale nie ma spokoju. Artyści, wrażliwcy i ich sposób rozumienia świata – powie coś taki, namaluje albo skomponuje i potem mecz się z taką mniej lub bardziej wygodną prawdą. Ale coś w tym stwierdzeniu o warszawskim nie-spokoju mnie zaintrygowało.

Włosi mówią na ten stan ansia, a po polsku nie ma dobrego odpowiednika. Myślałam, że ta ansia dopada człowieka dlatego, że w Warszawie wszędzie są jakieś zdjęcia przed i po, jakieś pomniki zabitych i pomordowanych, niepasujące do siebie budynki, ulice prowadzące donikąd lub znikające w trotuarach. Sama przez osiem lat chodziłam do szkoły przechodząc przez miejsce straceń na warszawskiej skarpie. Pewnie dlatego zamieszkałam w dzielnicy wybudowanej na szczerym polu, najbliższa tabliczka Tchorka jest dobre dwadzieścia minut spaceru od mojej klatki. – tak to sobie tłumaczyłam.

Jednak ta ansia nie-spokój, to też dziwne napięcie miedzy rzeczywistością (współczesnością) a historią i to właśnie dopadło mnie w Norymberdze. I tu też wrócił temat upamiętnienia lub po prostu oznaczania pewnych miejsc.  W Norymberdze stosowne oznaczania są, ale dyskretne i dopiero od 2006 r – zgodnie z logiką: nie wiadomo czy stare miejsce kultu, nie stanie się nowym. I nie chodzi o wybitnych europejskich artystów związanych z tym miastem i tworzących kanon humanizmu w sztuce, a miejsce które Hitler wybrał, bo dla niego było najbardziej niemieckie w Niemczech. A to tego na prawdę śliczne: przynajmniej mnie się podoba tło marszy i defilad urządzanych w Norymberdze przed II wojną światową. Zresztą można obejrzeć archiwalne zdjęcia i wyrobić sobie zdanie samemu.

Jako grupa przyjechaliśmy do Norymbergi oglądać przede wszystkim teren zjazdów NSDAP i miasto, którego nazwa kojarzy się pomysłami czyszczenia ludzkich ras (niesławne „Ustawy o obywatelstwie Rzeszy i ochronie niemieckiej krwi i honoru” znane są przecież jako „norymberskie”). Przed wyjazdem obejrzałam po raz kolejny dokument Potęga obrazu. Leni Riefenstahl w reż Raya Mullera, ale trudno było mi rozpoznać te historyczne miejsca. Bo we współczesnej Norymberdze zobaczyliśmy zdezelowaną trybunę Zeppelinfeld, którą dodatkowo obłożono bramkami, na okoliczność wyścigów samochodowych. Zamiast reflektorów do tworzenia nocnej katedry świtała wokół trybuny – tabliczki ostrzegające, że wchodzenie na własne ryzyko. Tam, gdzie na filmie Leni Riefenstahl maszerowały tłumy, dziś są boiska.

 

Zdania co do tego, czy te kilkanaście hektarów nazistowskiej urbanistyki monumentalnej w Norymberdze restaurować, czy nie są podzielone. Na razie są 23 tablice informacyjne (powtarzam dopiero od 2006) i dodatkowe informacje, że wejście na własne ryzyko. Ostrzegają, że można sobie kręcić kark, a nie że można sobie spaczyć umysł. Ale myślę, że te tabliczki ostrzegawcze mają w sumie sens, bo co więcej niż „na własne ryzyko” można powiedzieć o tym miejscu, i ogólniej o wydarzeniach i ideologiach z lat 30 XX w.

img_1257-1

Może fakt, że Pałac Kultury i Nauki to oficjalnie uznany zabytek powoduje, że jego cień straszy w Warszawie mniej – przynajmniej w moim pokoleniu. Bo, choć zabrzmi to dziwnie, warszawskiego PKiN się nie boję, a gdy oglądałam monstrualne hitlerowskie Koloseum, czyli Halę Kongresową na 50 tysięcy osób doszło do mnie, jak globalne i totalne były nazistowskie plany podboju. Wrażenie było piorunujące: ucieszyłam się, że jej nigdy nie ukończono . I poczułam ulgę, że w Warszawie nie zrealizowano planu Pabsta, nie wybudowano niemieckiej Hali Ludowej na miejscu Zamku Królewskiego, ani pomnika Germanii. I to nie z przyczyny estetycznej, tylko jakby odetchnęłam lżej. Bo w świecie tej architektury nie było miejsca dla osób takich jak ja.

Trochę info praktycznych: trasa Warszawa – Berlin – Norymberga jest do zrobienia pociągami: taniej, a przynajmniej dla mnie, wygodniej. Na zwiedzanie Norymbergi jeden dzień to za mało: sam teren zjazdów NSDAP i Centrum Dokumentacji z ciekawą wystawą pt.: Fascynacja i terror zajmie co najmniej pół dnia, jak nie więcej.

Do czytania proponuję: Berlin. Miasto Pamięci, Wydawnictwo Anthea, ciekawy wybór esejów napisanych przez studentów historii, socjologii i kulturoznawstwa na temat wybranych miejsc pamięci w Berlinie (fajnie, że wśród autorów są nazwiska, które pamiętam z list obecności na zajęciach); Alekxander Schmidt, Markus Urban, The Nazi Party rally grounds in Nuremberg. A short guide, translated by John Jenkins, Nuremberg 2009 – różne wersje językowe można kupić w każdym większym muzeum w Norymberdze.

Na tzw. klasyczne currywurst w Berlinie warto się wybrać do Konnopke’s Imbiss pod wiaduktem na Schönhauser Allee 44B, ale o miejskich kiełbaskach, które zjadłam na tej wycieczce na pewno kiedyś napisze osobnego posta

Berlin, Norymberga – czerwiec 2019, Warszawa lipiec 2019

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s