Luty w Wenecji. Kiedy dziś rano rano obudziła mnie kaskada zdjęć od przyjaciółki – feeria barw, piór i misternie zdobionych masek – wspomnienia z 2008 roku wróciły z siłą przypływu acqua alta. To był rok, w którym dzięki stypendium włoskiego Ministerstwa Kultury laguna wenecka stała się moim domem na osiem niezapomnianych miesięcy.
Karnawał w Wenecji to dla wielu synonim komercji, ale dla mnie to przede wszystkim czas, w którym miasto wybudza się z krótkiego, zimowego snu. W listopadzie i na początku grudnia było cicho i spokojnie. Nagle sylwester i karnawał! I…. znajome, karnawałowe ciasteczka. Włoskie chiacchiere (dosłownie: pogaduszki) wyglądają podobnie jak faworki, ale smakują trochę inaczej – często pachną aromatyczną grappą, bywają pieczone zamiast smażonych. Ale w 2008 roku to nie słodycze skradły moje serce, lecz możliwość bycia kimś innym, bo po raz pierwszy zakładałam karnawałową maskę… na codzień.
Wenecka rzeczywistość na opak: Bauta i zielony trójróg
Czy karnawał to tylko dobrze naoliwiona maszyna turystyczna? Według danych Comune di Venezia, z roku na rok tłumy gęstnieją – w 2011 roku notowano już ponad 11 tysięcy przyjazdów dziennie. Mój rok 2008 uznawano za „komercyjnie mniej udany”, co dla mnie było darem od losu. Tłumy wciąż były, ale Wenecja pozwalała się jeszcze obejrzeć „na spokojnie”.
Nie wynajęłam kostiumu za fortunę. Cały karnawał spędziłam w zwykłej, czarnej baucie i zielonym trójgraniastym kapeluszu. Na prawdę! Na codzień chodziłam zamaskowana! Bauta to historycznie męska maska, o specyficznym kształcie pozwalającym pić i jeść bez jej zdejmowania. Jednak karnawał to świat na opak – jako kobieta w męskim przebraniu czułam się… absolutnie incognito! Pewnie tak przez stulecia czuli się uczestnicy karnawałowych zabaw, które pozwalały na chwile uciec od świata konwentów i rozmawiać z każdym na „ty”. To doświadczenie patrzenia na świat przez maskę jest czymś, co polecam każdemu – nawet jeśli na co dzień omijacie turystyczne szlaki szerokim łukiem, Wenecja w karnawale to jest przeżycie.
Najjaśniejsza Republika i „pancerne” sny o wolności
Moja obecność na Lagunie nie była jednak tylko zabawą. Jako historyczka szukałam weneckiej tożsamości, a ta bywa zaskakująca i niepokorna. Podczas moich studiów trafiłam na ślad Veneto Serenissimo Governo – separatystów, którzy wierzą, że Najjaśniejsza Republika nigdy nie przestała istnieć. Sami stworzyli własną wersją tego „państwa”.
Ale od początku. W 1997 roku grupa zapaleńców opanowała plac św. Marka przy pomocy… domowej roboty pojazdu opancerzonego o dumnej nazwie Marcantonio Bragadin 007. Przetransportowali go promem, by „uwolnić” terytorium spod włoskiej okupacji. Choć misja skończyła się wyrokami więzienia, flaga z lwem dumnie powiewała nad miastem przez kilka godzin. W kolejnych latach konsekwentnie tworzyli „swoją” strukturę państwową – powołując urzędników a nawet prowadząc dyplomatyczną korespondencję.
Kiedy się o tej historii dowiedziałam, to najpierw było to dla mnie „państwo” na opak, utopia podobna do tej, którą stworzyła grupa szlachciców z Lubelszczyzny z XVI wieku – czyli temat mojej magisterki o „Rzeczypospolitej Babińskiej”. Jednak z czasem, czytanie o Veneto Serenissimo Governo uświadomiło mi, że pod maskami i brokatem karnawału pulsuje autentyczna, czasem surowa duma mieszkańców, dla których historia to sprawa warta podejmowania ryzyka.
Polowanie na lwy „w miękkiej skorupce”
Eksploracja weneckiej duszy prowadziła mnie też z zakurzonych bibliotek prosto do lokalnych osterii. Już nieco po karnawale szukałam w menu dania, które wiąże się ze szczególną formą lwa św. Marka – wymyślonego na potrzeby heraldyki lwa, który zamiast łap ma spiralny ogon przypominający ślimaka. W Wenecji nazywa się go lwem in moleca.
Nazwa ta pochodzi od moeca (lub moleca) – genialnego lokalnego przysmaku. To młode, miękkie kraby, które poławia się tylko w krótkich okienkach czasowych wiosną i jesienią, gdy zrzucają twarde pancerze. Smakują obłędnie: laguną, morzem i algami. Podawane prosto z patelni, lekko panierowane, są kwintesencją weneckiego smaku.


Odkryj więcej z Agnieszka Kuś
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
