Lucyna Ćwierczakiewiczowa kojarzy się dziś przede wszystkim z pracowitością. Z porządkiem. Z planowaniem. Z gospodynią, która potrafiła policzyć każdy grosz, ułożyć tygodniowy jadłospis i przekonać tysiące kobiet, że dobrze prowadzony dom nie jest dziełem przypadku, lecz efektem codziennej dyscypliny. A jednak sama przyznawała, że z natury była osobą niezwykle emocjonalną. Być może właśnie dlatego tak bardzo potrzebowała zasad.
W swoich wspomnieniach pisała o dziecięcych wzruszeniach, romantycznych lekturach i młodzieńczych zachwytach. Wspominała wieczory spędzane przy świetle świec, gdy ojczym czytał rodzinie powieści Waltera Scotta. To wtedy, jak sama później twierdziła, narodziła się jej „egzaltowana tkliwość”. Po latach wyznawała z charakterystyczną dla siebie szczerością: „Byłam zawsze entuzjastką”.
Dziewczynka z ulicy Długiej
Jak to często bywa w przypadku XIX-wiecznych biografii, data urodzenia Lucyny to kwestia kontrowersyjna. Wydaje się, że w pewnym momencie nasza bohaterka postanowiła się nieco odmłodzić – stąd zamieszanie. W części opracowań pojawia się rok 1826, w innych 1829. To niewielka różnica, ale przypomina, jak niejednoznaczne bywają źródła dotyczące osób, które wydają się nam dziś doskonale znane. Niezależnie jednak od tego, którą datę przyjmiemy, jedno pozostaje pewne — historia Lucyny zaczyna się w Warszawie, przy ulicy Długiej.
To właśnie tam, pod dawnym numerem hipotecznym 587, w domu rodziny von Bachmanów, przyszła na świat przyszła autorka 365 obiadów za pięć złotych. Rodzina należała do niewielkiej warszawskiej społeczności ewangelików reformowanych. Ojciec Lucyny, Krystian Fryderyk von Bachman, był wysokim urzędnikiem Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu, a rodzinne wychowanie kładło nacisk na pracowitość, oszczędność i odpowiedzialność. Wiele lat później te same wartości odnajdziemy na kartach jej książek.



Warszawa pachnąca kawą i plotką
Choć ulica Długa to część miasta, gdzie częściowo odbudowano dawną architekturę trudno dziś wyobrazić sobie świat, który otaczał małą Lucynkę. Pomagają w tym wspomnienia człowieka zaledwie kilkanaście lat starszego od niej — Fryderyka Chopina. Kiedy Lucyna dosłownie stawiała pierwsze kroki przy Długiej, przyszły kompozytor znał już doskonale okolice Miodowej, placu Krasińskich i słynną kawiarnię Józefa Baldiego „Pod Kopciuszkiem” znajdująca niemal naprzeciwko mieszkania Bachmanów.
Było to jedno z tych miejsc, gdzie przy stolikach dyskutowano o polityce, teatrze, muzyce i literaturze. Po swoim warszawskim koncercie w 1830 roku Chopin pisał do Tytusa Woyciechowskiego, że najchętniej schowałby się gdzieś w kącie u Baldiego, by usłyszeć, co mówią o nim bywalcy kawiarni. Dzięki takim wspomnieniom łatwiej dostrzec, że dzieciństwo Lucyny upływało nie na obrzeżach miasta, lecz w samym centrum jego życia towarzyskiego i kulturalnego.
Rodzinne cienie
W rodzinie Bachmanów nie brakowało dramatów. Szczególnie poruszająca jest historia starszego o osiem lat brata Lucyny, Karola. Był człowiekiem wykształconym, publikował artykuły prawnicze, obracał się w środowisku intelektualnym Warszawy i uchodził za osobę niezwykle zdolną. Jego życie zakończyło się jednak tragicznie. Karol Bachman popełnił samobójstwo w Lasku Bielańskim. Okoliczności tej śmierci długo pozostawały przedmiotem plotek i domysłów.
Trudno powiedzieć, jak bardzo wpłynęło to na samą Lucynę. Wiemy jednak, że pod maską kobiety energicznej, bezkompromisowej i pewnej siebie kryła się osoba wyjątkowo wrażliwa. W swoich tekstach wielokrotnie ujawniała pokłady czułości, sentymentalizmu i emocjonalności, które zaskakiwały współczesnych przyzwyczajonych do jej publicznego wizerunku.
„Byłam zawsze entuzjastką”
I właśnie dlatego fascynuje mnie historia Lucyny – warszawianki z XIX wieku. Z jednej strony głosiła pochwałę pracy, porządku i oszczędności. Z drugiej zachwycała się muzyką, wzruszała romantycznymi historiami i pisała o swoich uczuciach z rozbrajającą szczerością.
W swoich wspomnieniach wracała do dzieciństwa, do wieczorów spędzanych przy lekturach Waltera Scotta i do emocji, które towarzyszyły jej podczas słuchania Łucji z Lammermooru. Jako ośmioletnia dziewczynka miała podobno wołać z przejęciem: „Ach Edgar Ravenswood! Jeżeli nie możemy żyć, umierajmy razem!”. Trudno o lepszy dowód na to, że przyszła autorka poradników gospodarskich była nieoprawną romantyczką.
Kobieta, która chciała uporządkować świat
Po latach sama pisała, że przez życie szła „jak kometa, paląc wszystko poza sobą”. I choć brzmi to jak literacka przesada, wiele wskazuje na to, że właśnie tak postrzegali ją współcześni. Ta emocjonalna natura współistniała z potrzebą ładu i kontroli. Lucyna wychowała się w środowisku ewangelików reformowanych, dla których pracowitość, gospodarność i odpowiedzialność były nie tylko cnotami, ale wręcz sposobem życia.
W jej tekstach nieustannie powracają pochwały porządku, planowania i rozsądnego gospodarowania pieniędzmi. Zachęcała do prowadzenia domowych rachunków, bilansowania wydatków i unikania marnotrawstwa. Wierzyła, że dobrze prowadzony dom może stać się miejscem bezpieczeństwa i stabilności. Może właśnie dlatego jej książki odniosły tak wielki sukces. Nie były wyłącznie zbiorami przepisów. Były próbą uporządkowania codzienności, która w Warszawie II połowie XIX wieku była coraz bardziej chaotyczna.
Od 365 obiadów do zupy pho
Jest w tym wszystkim jeszcze jedna przewrotność historii. Miejsce, w którym przyszła na świat największa autorytet mieszczańskiej kuchni Warszawy XIX wieku, do dziś pachnie jedzeniem. Nie są to jednak aromaty pieczeni, marynat i kompotów znanych z jej książek.
Od lat działa tutaj jedna z warszawskich restauracji wietnamskich, takich, które od przełomu XX i XXI wieku stały się nieodłącznym elementem kulinarnego krajobrazu stolicy. Przy prostych stolikach spotykają się studenci, urzędnicy i mieszkańcy okolicy wpadający na szybki obiad. Na stołach pojawiają się chrupiące sajgonki i parujące miski zupy pho.
To piękne przypomnienie, że Warszawa nigdy nie była miastem jednego smaku. Tak jak w czasach Lucyny spotykały się tu różne języki, wyznania i tradycje, tak dziś spotykają się różne kuchnie. Dlatego lubię opowiadać przez to, co trafia na talerze jego mieszkańców.
Odtwarzanie XIX-wiecznych realiów, wertowanie starych pamiętników i testowanie dawnych przepisów w nowoczesnej kuchni to fascynująca przygoda, ale też kawał ciężkiej pracy (i sporo zmywania!). Jeśli podobał Ci się ten artykuł i chcesz wesprzeć moje kulinarno-historyczne śledztwa, możesz postawić mi wirtualną kawę. Obiecuję, że zamienię ją na kolejną porcję smakowitych opowieści! 👉 Postaw mi kawę
Odkryj więcej z Agnieszka Kuś
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
