Horror Wielkiego Piątku: oklapnięte baby i niespokojne sny Zofii Moraczewskiej

Jeśli myślicie, że polityczne manewry w Sejmie i niepokoje społeczne Dwudziestolecia były największym źródłem stresu dla Zofii Moraczewskiej, jesteście w błędzie. Największa trauma rozgrywała się w Wielki Piątek, w kuchni, a jej ślad pozostał w niespokojnych nocach.

Ten tekst jest częścią opowieści, które pierwotnie pojawiły się na webinarach poświęconych życiu codziennemu w Sulejówku, organizowanych przez Muzeum Józefa Piłsudskiego podczas pandemii w 2020 r. To wtedy po raz pierwszy siadłam do listów Moraczewskiej i odkryłam, że są fantastyczną kroniką życia widzianego przez pryzmat ogrodowych prac i stołu, a my — jak zwykle — odkrywamy wielką historię w małych, kulinarnych detalach.

Wracamy do sedna: Wielkanoc 1927 roku. Zofia, żona pierwszego premiera niepodległej Polski i sama społeczna i polityczna aktywistka, wciąż żyje w rytmie tradycji. Ten rytm zmusza ją do zmierzenia się z najbardziej chimerycznym i emblematycznym ciastem polskiej kuchni: babą drożdżową.

„Zmartwiona i smutna poszłam spać, a w nocy śniły mi się oklapnięte baby i surowe wewnątrz – jednym słowem – na całej linii klapa!” tak Zofia Moraczewska wspomina swoje niespokojne sny z Wielkiego Piątku na Sobotę.

Ten cytat to kulinarny dreszczowiec w pigułce. To strach każdej polskiej gospodyni (i każdego ambitnego domowego piekarza!) – i dowód, że nawet posłanka i żona premiera musiała mierzyć się z potęgą drożdży.

Drożdżowa Wojna z Czasem i Tradycją

Dlaczego baba budziła takie emocje? Bo jej pieczenie było uświęcone tradycją, a sama struktura ciasta wymagała idealnych warunków.

Zofia, wychowana na poradnikach, które dyktowały rytm życia całego pokolenia gospodyń, śledziła oczywiście zalecenia Lucyny Ćwierczakiewiczowej. W Dwudziestoleciu, gdzie tempo życia przyspieszało, a obowiązki polityczne czy zawodowe piętrzyły się, Zofia musiała pogodzić porządek dnia z żelaznymi zasadami mistrzyni kuchni.

Ćwierczakiewiczowa w swoim „Kalendarzu na rok 1891” była nieugięta co do harmonogramu:

„Radzę każdej gospodyni, ostatnim tygodniu, już w poniedziałek zająć się przygotowaniem rodzynek, migdałów i tarciem cukru z głowy do bab, gdyż te żmudne roboty zajmują wiele czasu i mitrężą samo pieczenie, jeżeli nie są pierwej gotowe, tym bardziej, że nie radzę nigdy wcześniej piec bab nawet parzonych jak w piątek, ale lepiej w sobotę; cała przyjemność ciasta, której się zwykle jadą aż po za przewodnią niedzielę, stracona, jeżeli się je stare od razu.”

Zofia w 1927 roku nie musiała już trzeć cukru z głowy (czasy się zmieniły), ale sama istota zaleceń pozostała: baba musi być świeża! Musiała być pieczona na ostatnią chwilę, co radykalnie podnosiło poziom stresu w Wielki Piątek.

Klapa piekarnika, klapa w Sercu

W liście do siostry, Heleny Kozickiej, Zofia opisała swój Wielki Piątek jako tytaniczną walkę, z którą mogła się mierzyć tylko kobieta doświadczona w politycznych przepychankach i domowych kryzysach:

„Napiekłam ciast dużo, aby sprawić przyjemność dzieciom i Jędruchowi. Było przy tym i trochę zmartwień. Wyobraź sobie, przez cały wielki piątek od rana wyrabiałam ciasto na baby – sedzak, przekładaniec i makowiec, mieściłam i tarłam wszystko sama, aż do skurczu w rękach, a w rezultacie Bronia za słabo napaliła w piecu piekarskim i moje cudne, pulchne, ślicznie wyrośnięte ciasto opadło, prawdziwa mąka zdawała się stracona.”

W tym jednym akapicie mamy całe Dwudziestolecie: gospodyni, która (mimo pomocy służby, tu: Broni) sama, „aż do skurczu w rękach”, wyrabia ciasto, by dogodzić mężowi i dzieciom. I nagle – katastrofa! Ciasto opada. Wina spoczywa na piecu, na którym nie można polegać, na technologii, która zawiodła. To mały, domowy dramat, który idealnie odzwierciedla wielkie wyzwania niestabilnej nowej rzeczywistości.

Na szczęście, jak to w życiu Zofii, kryzys został zażegnany: ciasta okazały się „blade, ale bez zakalca i w smaku doskonałe”. Uff! Misja (smakowa i rodzinna) zakończona sukcesem.

Od Baby do Ogrodu

Kulinarny stres Moraczewskiej to dowód na to, że wielka historia i wielkie obowiązki nie uwalniają od małych, codziennych zmartwień. Zarówno pieczenie baby, jak i walka o sprawiedliwy ustrój społeczny w parlamencie, były dla Zofii elementem budowania stabilności i porządku w burzliwych latach Niepodległości – jej zabiegi dotyczyły i małej i wielkiej Ojczyzny.

Jeśli tak jak ja, uwielbiasz odkrywać wielką historię w małych, kulinarnych detalach, to musisz poznać pozostałe opowieści z życia Zofii!

Ten wielkanocny stres jest tylko jednym z epizodów. A co Moraczewska robiła, gdy mogła odpocząć od politycznego zgiełku i chimerycznych drożdży?

👉 Zobaczcie koniecznie, jak smakował jej spokojniejszy czas i jak wyglądały codzienne, gospodarcze troski Moraczewskiej jesienią, gdy walczyła z hiperinflacją i ogrodem!

A Ty, jakie masz doświadczenia z najbardziej chimerycznym daniem świątecznym?

Daj znać w komentarzu: które tradycyjne, polskie ciasto (baby, mazurki, serniki) jest Twoim zdaniem najbardziej wymagające i z jakim dawnym przepisem boisz się zmierzyć najbardziej? Zachęcam do eksperymentów! 🥧

Inne kulinarno – ogrodnicze opowieści z listów Zofii Moraczewskiej znajdziesz w letniej opowieści  Sierpień w ogrodzie Zofii Moraczewskiej


Odkryj więcej z Agnieszka Kuś

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz