Horror Wielkiego Piątku: oklapnięte baby i niespokojne sny Zofii Moraczewskiej

Jeśli myślicie, że polityczne manewry w Sejmie i niepokoje społeczne Dwudziestolecia były największym źródłem stresu dla Zofii Moraczewskiej, jesteście w błędzie. Największa trauma rozgrywała się w Wielki Piątek, w kuchni, a jej ślad pozostał w niespokojnych nocach.

Wielkanoc 1927 roku. Zofia, żona pierwszego premiera niepodległej Polski i sama społeczna i polityczna aktywistka, wciąż żyje w rytmie tradycji. Ten rytm zmusza ją do zmierzenia się z najbardziej chimerycznym i emblematycznym ciastem polskiej kuchni: babą drożdżową.

„Zmartwiona i smutna poszłam spać, a w nocy śniły mi się oklapnięte baby i surowe wewnątrz – jednym słowem – na całej linii klapa!” tak Zofia Moraczewska wspomina swoje niespokojne sny z Wielkiego Piątku na Sobotę.

Drożdżowa Wojna z Czasem i Tradycją

Dlaczego baba budziła takie emocje? Bo jej pieczenie było uświęcone tradycją, a sama struktura ciasta wymagała idealnych warunków.

Zofia, wychowana na poradnikach, które dyktowały rytm życia całego pokolenia gospodyń, śledziła oczywiście zalecenia Lucyny Ćwierczakiewiczowej. W Dwudziestoleciu, gdzie tempo życia przyspieszało, a obowiązki polityczne czy zawodowe piętrzyły się, Zofia musiała pogodzić porządek dnia z żelaznymi zasadami mistrzyni kuchni.

Ćwierczakiewiczowa w swoim „Kalendarzu na rok 1891” była nieugięta co do harmonogramu:

„Radzę każdej gospodyni, ostatnim tygodniu, już w poniedziałek zająć się przygotowaniem rodzynek, migdałów i tarciem cukru z głowy do bab, gdyż te żmudne roboty zajmują wiele czasu i mitrężą samo pieczenie, jeżeli nie są pierwej gotowe, tym bardziej, że nie radzę nigdy wcześniej piec bab nawet parzonych jak w piątek, ale lepiej w sobotę; cała przyjemność ciasta, której się zwykle jadą aż po za przewodnią niedzielę, stracona, jeżeli się je stare od razu.”

Zofia w 1927 roku nie musiała już trzeć cukru z głowy (czasy się zmieniły), ale sama istota zaleceń pozostała: baba musi być świeża! Musiała być pieczona na ostatnią chwilę, co radykalnie podnosiło poziom stresu w Wielki Piątek.

Klapa piekarnika, klapa w Sercu

W liście do siostry, Heleny Kozickiej, Zofia opisała swój Wielki Piątek jako tytaniczną walkę, z którą mogła się mierzyć tylko kobieta doświadczona w politycznych przepychankach i domowych kryzysach:

„Napiekłam ciast dużo, aby sprawić przyjemność dzieciom i Jędruchowi. Było przy tym i trochę zmartwień. Wyobraź sobie, przez cały wielki piątek od rana wyrabiałam ciasto na baby – sedzak, przekładaniec i makowiec, mieściłam i tarłam wszystko sama, aż do skurczu w rękach, a w rezultacie Bronia za słabo napaliła w piecu piekarskim i moje cudne, pulchne, ślicznie wyrośnięte ciasto opadło, prawdziwa mąka zdawała się stracona.”

Na szczęście kryzys został zażegnany: ciasta okazały się „blade, ale bez zakalca i w smaku doskonałe”. Uff! Misja (smakowa i rodzinna) zakończona sukcesem.

Od Baby do Ogrodu

Kulinarny stres Moraczewskiej to dowód na to, że wielka historia i wielkie obowiązki nie uwalniają od małych, codziennych zmartwień. Zarówno pieczenie baby, jak i walka o sprawiedliwy ustrój społeczny w parlamencie, były dla Zofii elementem budowania stabilności i porządku w burzliwych latach Niepodległości – jej zabiegi dotyczyły i małej i wielkiej Ojczyzny.

Jeśli tak jak ja, uwielbiasz odkrywać wielką historię w małych, kulinarnych detalach, to musisz poznać pozostałe opowieści z życia Zofii! Ten wielkanocny stres jest tylko jednym z epizodów. A co Moraczewska robiła, gdy mogła odpocząć od politycznego zgiełku i chimerycznych drożdży? 👉 Zobaczcie koniecznie, jak wyzwania (i smaki) przynosiło jej lato  Sierpień w ogrodzie Zofii Moraczewskiej


Piszę o Zofii Moraczewskiej, bo czuję, że jej historia nie powinna zostać tylko w notatkach i archiwach. Jeśli masz ochotę wesprzeć moje pisanie i symbolicznie „podarować mi chwilę przy kawie”, dzięki której powstanie kolejny rozdział – będzie mi ogromnie miło 💛


Odkryj więcej z Agnieszka Kuś

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz