Bigos po myśliwsku czy rumsztyk z rusztu po tyrolsku? Homar a’ la MS Piłsudski czy kiełbasa domowa po polsku? To wybory gastronomiczne, które stały przed pasażerami polskiego transatlantyku w latach 30. XX wieku.
Kiedy patrzymy na jadłospisy z polskich transatlantyków, uderza nas zderzenie kuchni luksusowej, międzynarodowej, z naszymi, swojskimi klasykami. To idealny kulinarny mikrokosmos dwudziestolecia międzywojennego – czasów, w których chcieliśmy być równie eleganccy jak reszta Europy, ale jednocześnie czerpaliśmy dumę z rodzimych smaków.
Słynny kapitan i pisarz, Karol Olgiert Borchardt, doskonale uchwycił tę filozofię kulinarną polskiego armatora GAL (Gdynia Ameryka Line). W książce wspomnieniowej Krążownik spod Samosierry, opisał, jak ważna była kuchnia dla reputacji statku i firmy:
„Po każdej podróży do Ameryki Południowej zwiększała się liczba pasażerów – cudzoziemców, gdyż zadowoleni z podróży, woleli ją odbywać na polskim transatlantyku aniżeli na statkach rodzimych armatorów. Agencje konkurencyjnych linii okrętowych pomawiały nas o rozrzutne prowadzenie kuchni, której dewizą było hasło jej szefa: ‘Jeżeli chcemy mieć pasażerów – to każdemu dajmy, co lubi’.”
To hasło – „każdemu dajmy, co lubi” – oznaczało nie tylko dostępność dań międzynarodowych, ale przede wszystkim konieczność zapewnienia stałego, wysokiego poziomu usług i dbałości o szczegóły. Życie na morzu miało swój rygor, który wyznaczały pory posiłków. Jak dowiadujemy się z ówczesnych Rad i wskazówek dla pasażerów M/S Piłsudski:
„Śniadanie pierwsze podawane jest w sali jadalnej od godz. 8-ej do 9-ej. Buljon z pieczywem rozdawany jest na pokładach, w barach, na obydwu werandach i w salach towarzyskich o godz. 11-ej. Drugie śniadanie (lunch) podawane jest o godz. 12.30 w Sali jadalnej. Podwieczorek podawany jest o godzinie 16-ej. Obiad w Sali jadalnej o godz. 18.30. We wszystkich barach podawane są nadto z okazji wieczorów tanecznych zimne i gorące przekąski o godz. 23-ej.”
A zatem sześć okazji dziennie, by spróbować wykwintnych lub prostych specjałów!
Wśród tych prostszych, ale i szalenie lubianych dań, pojawiły się też poczciwe serniczki. W jednym z wpisów opowiadałam o rejsie opisanym przez Antoniego Słonimskiego. W menu zachowanym z tej morskiej podróży figurują te delikatne, serowe placuszki, które stanowiły idealną słodką przekąskę na lunch.
Chociaż serniczki te były z pewnością przygotowywane przez pokładowych kucharzy z największą starannością, ich prostota sprawia, że możemy odtworzyć tamten smak tu i teraz. Dziś proponuję Wam moją szybką wariację, inspirowaną tym daniem, idealną na podwieczorek lub śniadanie w stylu „ M/S Piłsudski” – choć pewnie skromniejszą niż na luksusowym statku.
Przepis: Serowe placuszki „serniczki” (wariacja à la MS Piłsudski)
Szybki deser inspirowany kuchnią Dwudziestolecia, gotowy w 15 minut!
Składniki:
- 1 kostka sera białego (tłusty, półtłusty lub chudy – wedle smaku)
- 1 jajko
- 50–80 g mąki (w zależności od tego, jak mokry jest ser)
- Odrobina cukru (do smaku)
- Cukier waniliowy (lub esencja waniliowa)
Do smażenia:
- Olej lub masło klarowane
Do podania (ulubione dodatki):
- Bita śmietana (koniecznie z dodatkiem cukru waniliowego!)
- Sos śmietanowy (śmietanka „12” lub „18” rozmieszana z cukrem waniliowym)
- Kwaskowe owoce (np. maliny, borówki, porzeczki)
Przygotowanie:
- W misce zmieszaj kostkę sera białego z jajkiem, cukrem i cukrem waniliowym.
- Stopniowo dodawaj mąkę, mieszając, aż masa stanie się plastyczna i będzie się trochę kleić (nie dodaj za dużo mąki, bo placuszki będą twarde!).
- Z wyrobionej masy formuj placuszki: mniej więcej wielkości dłoni (lub mniejsze, jak małe racuchy).
- Smaż na rozgrzanym oleju lub maśle klarowanym, aż będą złociste z obu stron.
- Podawaj ciepłe, polane sosem śmietanowym i z ulubionymi owocami!
Odkryj więcej z Agnieszka Kuś
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
