Są pisarze, których najlepiej czyta się z pełnym dostępem do kuchni. Ja mam tak z sagą o wiedźminie. Kiedy zanurzam się w prozie Andrzeja Sapkowskiego, mój apetyt literacki natychmiast splata się z apetytem na konkretne smaki. Zresztą, gdyby nie serial Netflix, który na nowo rozpalił dyskusję o sadze, pewnie nie wróciłabym do tych książek i nie zwróciłabym uwagi na to, jak ciekawie Sapkowski pisze o jedzeniu. Ekranizacja powieści i intensywna kampania promocyjna na ulicach Warszawy spowodowała, że, po niemal dwudziestoletniej przerwie, zarwałam parę nocy, by na nowo wsiąknąć w uniwersum Geralta. Tym razem najpierw sięgnęłam po absolutnie genialne słuchowiska Fonopolis, a potem odświeżyłam lekturę zakurzonych tomów książek z… końca ubiegłego stulecia. Ale, ale… dokupiłam też kolejne części, bo okazało się, że gdzies mi umknął „Sezon burz” z 2013 r.
Zanim podzielę się z wami, smakami, które mnie zainspirowały muszę się przyznać do moich osobistych, czytelniczych preferencji. Lubię, kiedy autor lub autorka stosują stategię narracyjną opisaną przez Jarosława Iwaszkiewicza. O co chodzi? Ten poeta, prozaik i smakosz uważał, że opisy jedzenia pełnią kluczowe funkcje literackie i poznawcze: nic tak nie przenosi w atmosferę dawnych czasów i egzotycznej rzeczywistości, jak opowieść o smakach. Pisał, że konieczne jest opisywanie, co bohaterowie jedli, bo tylko w ten sposób można w pełni uchwycić scenę lub postać. Co więcej, uważał, że pochłanianie obcego świata poprzez jedzenie najsilniej nas z nim jednoczy.
Dla mnie, jako dojrzałej czytelniczki, to właśnie te kulinarne migawki z prozy Sapkowskiego otwierają najszersze okno na realia, zarówno te fikcyjne, jak i te, do których aspirowało polskie społeczeństwo u progu transformacji, a więc epoki mojego dorastania.
🦐 Kraby, Kawior i Kulturowe Aspiracje
Moje mentalne notatki kulinarne, robione automatycznie podczas tej ponownej lektury, szybko skoncentrowały się wokół owoców morza i ryb. Od bankietu czarodziejów na Thanedd, gdzie na półmiskach piętrzyły się świeże kraby z Poviss, krewetki, marynowane oliwki, małe ośmiorniczki i łososie, aż po czarny kawior z jesiotra łopatonosego, serwowany podczas zjazdu czarodziejów. To jest menu, które w „Czasie Pogardy” wyglądało na symbol wyrafinowania i dekadencji powieściowych elit (czarodziejek strofujących Geralta za nieumiarkowanie w jedzeniu!).
Nie żebym się spodziewała wyłącznie mięsnych uczt, ale ta obfitość frutti di mare w świecie, który z pozoru wydaje się bardziej osadzony w środkowoeuropejskich realiach, intrygowała mnie coraz bardziej. Zresztą, sama rybna uczta Thanedd nie przypadła Geraltowi do gustu. Był głodny, a jedzenia było – jak na jego wiedźmiński apetyt – za mało. Z zaserwowanego menu sięgał głównie po krewetki i kawior, a tego przysmaku, symbolu luksusu, szybko zabrakło.
Podobnie rzecz ma się w moim ulubionym opowiadaniu, „Granica możliwości” z tomu „Miecz Przeznaczenia”. Dramatyczna intryga zawiązuje się w trakcie wielkiego żarcia, gdzie obok baraniny z cebulą, którą delektował się Borch Trzy Kawki, bohaterowie zajadają się przystawkami bezmięsnymi: węgorzykami marynowanymi w occie z czosnkiem, zieloną papryką, a potem zupą flisacką z owoców morza i rakami duszonymi z koprem.
Gdy czytałam te powieści i opowiadania po raz pierwszy (na przełomie tysiącleci), sama odkrywałam kuchnię południa Europy. Pierwsze vongole i langusty były wspomnieniami włoskich podróży, grillowana ośmiornica – przekąską ze szlaku do Composteli. Pamiętam, jak wracałam autobusem z Florencji, a między książki i notatki pakowałam krążki pecorino. Dziś, z perspektywy czasu, te ostrygi, kawior i potrawki z raków, spożywane mimochodem „na stojąco”, widzę jako swoistą kulturową kliszę – symbol aspiracji nowopowstającej klasy średniej i elit, które dążyły do wyrafinowania i elegancji rodem z Zachodu. To moda, której sama uległam i… obstaję przy langustach i krewetkach do dziś – bo bardzo je lubię!
🥣 Zupa, Która Konstytuuje Kompanię: od kleni do zalewajki
Co ciekawe, czytając te opowieści po dwudziestu latach zdałam sobie sprawę, że to właśnie wokół kociołków i mis z jedzeniem konstytuowały się najważniejsze wiedźmińskie kompanie. Największa z nich, drużyna śmiałków towarzysząca Geraltowi w poszukiwaniu przeznaczenia, ukonstytuowała się nad kociołkiem zupy rybnej, a konkretnie: wywaru z warzyw, kleni, płotek, jazgarzy i podleszczyków, z kawałkami duszonego szczupaka. Chciałabym spróbować tej zupy, bo w dostępnej mi na co dzień ofercie warszawskiej gastronomii jest ona daniem znacznie bardziej egzotycznym niże te importowane vongole. Nie mam też blisko zaznajomionych wędkarzy więc o zupie z ryb słodkowodnych, mimo długiej i pięknej tradycji żywienia się w Polsce darami rzek, jezior i stawów, mogę wyłącznie pomarzyć!
Potem doszłam do nieznanej mi wcześniej powieści, czyli do „Sezonu Burz”. Między jej publikacją a „Panią Jeziora” (ostatnią z pięciu części sagi o wiedźminie z 1999 r.) upłynęło dziesięć lat – i to przyniosło znaczącą zmianę, jeżeli chodzi o wiedźmińskie kulinaria. Na kartach „Sezonu Burz” natrafiłam na… przepis na mahakamską zalewajkę, specjał kuchni krasnoludzkiej. To ziemniaczana polewka kojarząca się z niezbyt wyrafinowaną kuchnią Polski centralnej, z daniem kuchni biednej i robotniczej Łodzi. Pierwsza myśl: oto lokalne tradycje kulinarne, związane z miastem autora powieści, wpłynęły na jadłospis uczt spożywanych w kluczowych momentach fabuły. I fajnie! Ale potem sobie zdałam sprawę, że ten dobór powieściowych smaków przypomina o bardzo istotnych zmianach kulinarnej rzeczywistości początku nowego millenium.
🥔 Revival kuchni Polskiej w wersji krasnoludzkiej
To przesunięcie z egzotycznych owoców morza na swojską zalewajkę, której przepis (na żurze żytnim ze skwarkami) wpisano w 2009 roku na listę produktów regionalnych, idealnie wpisuje się w revival kuchni polskiej.
To moje osobiste doświadczenie bo przecież na bieżąco (i uczestnicząco) obserwowałam, jak szefowie i szefowe kuchni sięgają po dawne przepisy – nieważne, czy staropolskie, czy popularne w dwudziestoleciu międzywojennym. Pamiętam jak nastąpiło ponowne odkrycie skarbów kuchni fermentacyjnej, i z radością konstatuję, że kuchnia polska jest modna. Obecnie znajomość domowych receptur i deklarowanie predylekcji względem dań uważanych za tradycyjne stało się wręcz wyznacznikiem przynależności do wyrafinowanej wielkomiejskiej kultury kulinarnej.
Symboliczną cezurą tego kulturowo-socjologicznego revivalu jest rok 2012, kiedy to ruszyła emisja MasterChef Polska i odbyła się polska odsłona projektu Cook it Raw – kulinarne sławy odkrywały polskie smaki na Suwalszczyźnie. W opublikowanej rok później powieści wiedźmin zaprzyjaźnia się z krasnoludem nad miską apetycznie parującej zalewajki, a czytelnicy dostają nawet jej przepis.
Nie tylko mnie premiera serialu Netfliksa przypomniała lektury młodości. Wracając któregoś dnia do domu zaliczyłam ponad półgodzinną dyskusję z taksówkarzem. Wyszło nam, że opowieści o Oboje byliśmy zdania, że w zupie rybnej jest moc!Wiedźminie można czytać w kontekście zmian kulturowych i społecznych przełomu tysiącleci. Ja dodałam moje kulinarne obserwacje: że zaczynaliśmy od aspiracji do światowego menu (kraby, kawior), by ostatecznie powrócić do ukorzenionej tradycji (zalewajka). Oboje byliśmy zdania, że w zupie rybnej jest moc!
Co czytać:
- Andrzej Sapkowski: cały cykl wiedźmiński, ze szczególnym uwzględnieniem „Miecza Przeznaczenia” i „Sezonu burz”. Warto też sięgnąć po audiobooki słuchowiska (Fonopolis). Proponuję czytać równolegle z książką Hanny Szymanderskiej: Kuchnia polska, potrawy regionalne.
Czy chcielibyście, abym spróbowała znaleźć przepis na zupę rybną drużyny Wiedźmina, oparty na wywarze z kleni, płotek, jazgarzy i podleszczyków? Bo z zalewajką sprawa prostsza. Wystarczy wsiąść do pociągu w Warszawie by po godzinie (lub godzinie i dwudziestu minutach) dojechać do Łodzi i poszukać „ludzkiej” wersji przysmaku krasnoludów. I o tym będzie mój kolejny „wiedźmiński” wpis.
Odkryj więcej z Agnieszka Kuś
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
