Karnawał w Warszawie. Metamorfozy

Od tajemniczych masek do pączkowych „składkowych śniadań”

Kiedy myślę o karnawale w dawnej Warszawie, przed oczami stają nam przede wszystkim góry lukrowanych pączków i złocistych faworków ustawione na drewniany stole nakrytym piękną serwetą. W mojej wyobraźni ciastka stoją koło samowara lub eleganckiego, platerowanego zestawu do podawania kawy. Ale czy karnawał miał zawsze ten sam „kulinarny” scenariusz? Czy pączek od zawsze był niekwestionowanym królem miejskich uciech? Choć dziś trudno wyobrazić sobie luty bez zapachu smażonego ciasta, historia warszawskich zabaw to opowieść o wielkiej przemianie – od balów, na których incognito można było powiedzieć każdemu „ty”, po czasy, gdy huczne zabawy przeniosły się z sal balowych do biur i kin.

Zmierzch tajemnicy: dlaczego maskarady odeszły do lamusa?

W XIX wieku Warszawa kochała reduty, czyli spotkania towarzyskie i bale. W karnawale królowały bale maskowe, które były czymś więcej niż „potańcówką” – był przestrzenią wolności, gdzie pod jedwabnym dominem i dowcipna maską zakrywającą twarz zacierały się różnice społeczne i każdemu można było mówić na „ty”. Jednak na przełomie wieków coś zaczęło się zmieniać w gustach Warszawiaków. Ówcześni kronikarze i publicyści z nostalgią, a czasem i zjadliwością, opisywali upadek tej tradycji karnawałowych maskarad!

Na przykład dziennikarze piszący dla „Tygodnika Ilustrowanego” upatrywali winy… w samej prasie, która nagle przestała interesować się maskaradami. Gazety, które dawniej z namaszczeniem opisywały każdy detal kostiumu, zaczęły traktować je po macoszemu. Z drugiej strony przyczyną braku zainteresowania gazet mógł być brak fantazji samych Warszawiaków, którzy w tych spotkaniach uczestniczyli. Sam Bolesław Prus, czujny obserwator miejskiego życia, wytykał uczestnikom karnawałowych imprez rażące niedbalstwo: maski (czyli kostiumy) stały się według niego bezbarwne, stroje niechlujne i „pomiętoszone” a dawny blichtr ustąpił miejsca bylejakości.

Głębokie transformacje społeczne sprawiły, że zasady starej maskarady – oparte na absolutnej równości pod przykryciem i prawie do uszczypliwych żartów – przestały pasować do nowej rzeczywistości. Symbolem tego upadku było bankructwo magazynów oferujących karnawałowe domina. W lutym 1903 roku „Kurjer Świąteczny” oficjalnie obwieścił „zgon maskarad”. Sale teatralne, które niegdyś pękały w szwach podczas balów, zaczęły świecić pustkami. Tajemnica przestała być modna. Nie było zapotrzebowania na przestrzeń zawierania znajomości, gdzie nie obowiązywała codzienna etykieta.

Rok 1937: Warszawa pod znakiem pączka

Mimo że maski odeszły w niepamięć na początku XX wieku, apetyt warszawiaków na zabawę wcale nie zmalał – wręcz przeciwnie, przybrał formę bardziej kulinarną i (może bardziej) demokratyczną, egalitarną. Bale przebierańców odbywały się wciąż ale w latach 30. XX wieku kulminacją karnawału był Tłusty Czwartek, obchodzony podobnie jak dziś. Jak świętowano? Na przykład w 1937 roku całe miasto żyło pod dyktando cukierników ale były też pomysły na alternatywne atrakcje – też kulinarne.

Zgodnie z doniesieniami prasowymi szacowano się, że tylko w ten jeden dzień niemal dziewięćdziesiąt lat temu Warszawianki i Warszawiacy pochłonęli blisko 2 miliony pączków. To imponujący skok względem roku poprzedniego, kiedy zjedzono ich „zaledwie” półtora miliona. A pod koniec lat 30 miasto miało liczyć około milion trzysta tysięcy mieszkańców i ceny tłustoczwartkowych ciastek były… słone. Praca w cukierniach nie ustawała nawet na chwilę. Ciasto mieszano w wielkich donicach, a gotowe kule smażono w prawdziwych „sadzawkach tłuszczu”(jak to ujmowali dziennikarze Exspressu), by jak najszybciej trafiły na lady – świeże, jeszcze ciepłe, lśniące od lukru.

Od fryzjerskich kolejek po „tłustoczwartkowe biurowe śniadanka”

Atmosfera Tłustego Czwartku w 1937 roku była elektryzująca – przynajmniej zgodnie z doniesieniami Expressu Porannego. Salony fryzjerskie przeżywały prawdziwe oblężenie – panie stały w długich kolejkach po świeżą ondulację, a mistrzowie grzebienia, z braku miejsca, czesali klientki nawet w poczekalniach! W sklepach galanteryjnych trwała gorączkowa walka o ostatnie balowe torebki, klipsy, żaboty i jedwabne kwiaty, które miały ozdobić kreacje na wieczorne dancingi.

Jednak to, co najbardziej charakteryzowało przedwojenny Tłusty Czwartek, to przenikanie się zabawy z życiem zawodowym. Zamiast dawnych redut, popularność zdobyły „składkowe urzędnicze śniadanka”. Pracujący w bankach i biurach porzucali na chwilę powagę swoich urzędów, zamawiając jednorazowo nawet po kilka tac pączków, by wspólnie celebrować „ostatki”.

Uliczny krajobraz dopełniali sprzedawcy baloników. Na rogach ulic oferowali kolorowe diabełki i osiołki, pokrzykując staroświeckie: „Powiedział Bartek, że dziś Tłusty Czwartek…”. Dla tych, których nie było stać na wystawne kolacje w restauracjach i szaleństwa na dancingach, miasto oferowało seanse w kinach, które w ten wieczór również pękały w szwach.


Warszawski karnawał przeszedł długą drogę – od elitarnych masek po masowe, radosne jedzenie pączków w biurowych murach. To właśnie ta ewolucja sprawiła, że dziś nasza tradycja jest tak silnie związana ze smakiem, a nie tylko z tańcem.

Jeśli ciekawi Was, jak na karnawałowe szaleństwa patrzyła królowa polskiej kuchni, koniecznie zajrzyjcie do wpisu o Lucynie Ćwierczakiewiczowej – jej perspektywa potrafi zaskoczyć nawet największych smakoszy! A jeśli chcecie przenieść zapach dawnej Warszawy do własnej kuchni, zapraszam do skorzystania z przepisów mojej babci na pączki i faworki, które od lat królują na moim blogu. Są sprawdzone, tradycyjne i – co najważniejsze – smakują naszą rodzinną historią.

Jeśli lubisz moje opowieści o tradycjach kulinarnych Warszawy i chcesz wesprzeć powstawanie kolejnych smakowitych historii, możesz postawić mi symboliczną kawę. ☕


Odkryj więcej z Agnieszka Kuś

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz