Landszafty i martwe natury, czyli na Maderze bez Marszałka

Z kim pojechać na Maderę? Z Józefem Piłsudskim! – to była moja pierwsza myśl przy kompletowaniu lektur niezbędnych na zasłużony, zimowy wypoczynek na Maderze. Książkę Adama Lewandowskiego o wakacjach, na które Marszałek pojechał na przełomie 1930/1931 r., przeczytałam szybko, na trasie Warszawa – Lizbona. Jeden lunch pózniej, w samolocie na trasie Lizbona – Funchal zastanawiałam się, z kim będę zwiedzać tę wyspę, bo Józef Piłsudski i jego entourage idealnymi przewodnikami zdecydowanie nie byli. Przynajmniej dla mnie. O co poszło? O jedzenie! I kwiatki.

Marszałek dotarł na wyspę 22 grudnia 1930 r. a odpłynął 23 marca 1931 r. Przez cały ten czas mieszkał w willi „Quinta Bettencourt” przy ulicy Caminho do Pilar 20 w Funchal (jest tablica, ale tam nie dotarłam; obfotografowałam za to popiersie w centrum).  Polski wódz na urlopie prowadził bardzo uporządkowany tryb życia, a jego głównym zajęciem było czytanie Pamiętników Ignacego Daszyńskiego oraz Wspomnień i dokumentów Leona Bilińskiego. To nie wszystko. Marszałek stawiał pasjanse i spacerował po ogrodzie, z willi wychodził bardzo rzadko. Brakiem zainteresowania kulinariami stresował własnego kucharza, a córkom pisał o irytacji, jaką odczuwał wobec kwitnących kwiatów. Idealne wakacje po polsku.

madera

O odczuciach portugalskiego kucharza pisał Mieczysław Lepecki, który pełnił rolę dyskretnego ochroniarza: pewnego razu zapytałem tego kucharza, czy Marszałek wyrażał jakieś życzenie odnośnie do obiadów, czy też kolacji. Okazało się jednak, że Marszałek mało interesował się kuchnią i żadnych życzeń nie wyrażał. Teixeira czuł się nawet tym urażony (cytat za A. Lewandowski, s. 40).

Natomiast irytacji względem roślinności dotyczy list do córek. Marszałek napisał: ma być jeszcze zima, tymczasem zaś kwitną drzewa, tego ja znosić nie mogę, bo żeby kwiaty, to niech sobie, to i u nas w Sulejówku jakieś georginie, czy floksy, czy inne okropności kwitną nawet w październiku, ale żeby całe duże drzewa zaczynały kwitnąć i pachnieć, to tego nie wolno, a tu wolno. Ja wiecie , tego nie lubię, żeby komukolwiek, a tym bardziej mnie rozum do góry nogami przewracali. I nawet pączki mają, i kwitną, i pachną, i kpią z człowieka, ja tego nie lubię (cytat za A. Lewandowski, s. 55). Hm… jeden z najważniejszych dni na Maderze spędziłam w ogrodzie botanicznym obserwując strelicje. W sumie, jak im się bardzo długo przyglądać, to drapieżne się takie robią… i jakby patrzą na człowieka…

Musiałam znaleźć innego towarzysza podróży. Zdecydowanie kogoś, której byl bardziej otwarty na przyjemności życia. Wybór był na szczęście spory, bo na Maderze bywali ludzie znani. Można wybierać z koronowanych głów i piłkarzy. W Funchal, gdzie zamieszkał Marszałek (i ja), zmarł ostatni władca Austro-Węgier Karol I Habsburg (błogosławiony, wyniesiony na ołtarze przez Jana Pawła II w 2004 r.) oraz urodził się Cristiano Ronaldo. Na moją pierwszą wycieczkę w teren wybrałam jednak Winstona Churchilla, który spędził na wyspie 12 dni w styczniu 1950 r. Tyle co ja, tylko że na przełomie stycznia i lutego 2018 r. No, i Churchill musiał wracać do domu wcześniej, bo praca, znaczy wybory były…

Winston Churchill zamieszkał w ekskluzywnym hotelu Reids, a na wycieczki w plener do Câmara de Lobos jeździł rolsem. Ja wynajęłam mieszkanie w centrum Funchal, na wycieczkę pojechałam autobusem nr 4, a zamiast malować landszafty w rybackich wioskach zainteresowałam się lunchem.

Najpierw, jak wszyscy inni turyści, poszłam obejrzeć widok, który zainspirował Churchilla. Miejsce jest świetnie oznakowane jako „miraduoro Winston Churchill”. Ładna rybacka wioska z białymi domkami i łodziami wyciągniętymi na brzeg. Ciepło i sympatycznie – idealne miejsce na kontemplowanie zadowolenia z życia i świata oraz ładowanie baterii (jak Churchill, a on miał przecież miał depresję i malowanie pejzaży go relaksowało).

Ale ciągnęło mnie na owoce morza, zwłaszcza, że na wyspie podają coś, czego jeszcze nie jadłam. To skałopczepy (lapas), moje były grillowane na patelni z masłem, czosnkiem i sokiem z cytryny. Nie są to moje ulubione frutti di mare, ale ich pozostałości na talerzu ułożyły się w malowniczą martwą naturę. Oddałam się więc pasji foodpornograficznej idąc raczej w ślady malarstwa kuchennego niż pejzażowego.

Przy okazji lunchu zmieniłam też towarzysza podróży. Obiad jadałam w restauracji Praia do Vigario tuż pod klifem Cabo Girão, czyli stosunkowo blisko miejsca, gdzie, zgodnie z lokalną tradycją, na prawdę zginał Władysław Warneńczyk w swoim portugalskim wcieleniu. I to historia na kolejny wpis.

Co czytać, gdzie jeść: jeżeli w temacie wakacji Marszałka to polecam: Adam Lewandowski, Józef Piłsudski na Maderze, Bydgoszcz 2013; natomiast John and Pat Underwood, Madera walk & eat z serii: Sunflower „Landscapes” walking & car touring guides to fajny brytyjski przewodnik z przepisami, adresami restauracji i barów oraz trasami spacerowe. Na jedzenie w Câmara de Lobos polecam Praia do Vigario (oprócz skałoczepów jadałam tam też rewelacyjną zupę krem z pomidorów) – można ich znaleźć na FB jako @Restaurante Praia do Vigário / Snack Bar. Komunikacja: Câmara de Lobos i Cabo Girão to przystanki na trasie autobusu nr 4 z Funchal do Madalena do Mar.

Funchal styczeń 2018

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s